piątek, 5 grudnia 2014

5. Przetrwanie i szkoła.

Kiedy wstał rano, Słońce było jeszcze we wczesnym wstawaniu. Na jego nieszczęście był piątek, co oznaczało, że musiał iść za swoje Podobieństwo do szkoły. Bał się tego jak niczego innego, bo nie znał ani sal, ani nauczycieli danych przedmiotów, a co dopiero mówiąc o jego planie. Po cichu wstał i podszedł do szafy, by zobaczyć "się" w lustrze.
- Psst, Dean. - szepnął. - Dean, słyszysz mnie?
- Heibi? - zdawał się słyszeć ziewnięcie Podobieństwa. - Jezu, tutaj jest gdzieś czwarta nad ranem, chłopie. Daj mi spać.
- A tutaj jest po szóstej. - warknął. - Jak ja mam iść do Springcliff nie wiedząc nawet jakie masz lekcje? poza tym, Heibi? To brzmi dziwnie.
- Jak cały ty. - warknął Dean. - I całe Rantarshak. W plecaku powinien być plan lekcji, jak nie to musisz się spytać Maxa. Wiesz jak używać telefonu komórkowego?
- Nie.
- No to twój problem. - syknął Dean. - I nie odzywaj się do mnie, póki się nie wyśpię. Albo wcale.
- Dean, to nie jest śmieszne. - chłopak warknął, jednak nie doczekał się odpowiedzi. - Dean!
Zrezygnowany Heibon westchnął, po czym podszedł do plecaka, leżącego obok łóżka, w którym rzeczywiście znajdował się plan. Jednak to nie pocieszyło Heibona, ponieważ Dean miał mieć dzisiaj najwięcej lekcji z całego tygodnia, wychodząc po siedemnastej.
- Akurat na herbatę. - zaśmiał się w głowie, po czym według kartki z lekcjami pakował tornister. Nie wiedział co robić po tym jak już wyszykował się w pełni, a widząc na zegarku godzinę za dziesięć siódma. Zszedł do kuchni ubrany w czarny T-shirt, szare spodnie i luźną bluzę. Kiedy przekroczył próg kuchni zauważył matkę Deana ubraną w zielony szlafrok.
- Nie śpisz Dean? - otworzyła szeroko oczy. - To dziwne, nigdy nie mogę cię wyciągnąć z łóżka przed siódmą, a teraz stoisz ubrany i umyty. Coś się stało?
- Nie mogłem spać. - rzucił jakby od niechcenia, czując presję emitującą od kobiety. - Zgłodniałem, tak to bym siedział na kompie.
- Boże, dzisiejsza młodzież nie ma za grosz wyczucia. - westchnęła. - Co chcesz zjeść?
- Sam sobie coś zrobię.
- Na pewno Dean? Nie poznaję własnego syna!
- Tak, poradzę sobie, Jezu. - przewrócił oczami, jak to czasami widział Deana, kiedy rozmawiał ze swoją matką. - Może i mam dwie lewe ręce, okej?
- Za chwilę powinien zejść ojciec, tylko proszę, nie drażnij go. Ma kłopoty w pracy.
- A co się stało? - spojrzał na kobietę, wyciągając z lodówki butelkę mleka.
- Są zwolnienia, po prostu. - patrząc na "syna" podała mu głęboki talerz. - Nie wiem, czy nie szukać innej kliniki, czy w ogóle zrezygnować z pracy.
- Nie powinien szukać innej pracy, jeśli nie wie, czy go wywalą. - ponownie rzucił od niechcenia, tym razem szczerze od siebie. - Niech jeszcze poczeka z dwa tygodnie, potem niech zacznie szukać, jeśli nic się nie stanie.
- Skończmy temat. - powiedziała głośniej poirytowana tonem Heibona. - Tylko zostaw coś Renie, bo pewno wstanie za późno by zjeść coś lepszego.
- Mógłbyś jej coś zrobić teraz. Jak chcesz.
- Dean, aż nie wierzę w to co słyszę. Nie trzeba, niech zna swoje lenistwo, może się nawróci tak jak ty, bo to aż miłe dla serca.
Po chwili matka objęła go ramieniem i z kubkiem kawy w dłoni poszła do swojego pokoju. Po chwili do kuchni wbiegła Rena w ledwo nałożonym na siebie mundurku szkolnym. Rena chodziła jeszcze do gimnazjum, a w szkole prywatnej do której uczęszczała należało nosić mundurki. Granatowa spódnica nie była wyprasowana, koszulka źle zapięta, a krawat niezawiązany. Widać było, że ledwo co wstała.
- Znowu zaspałaś? - spytał, mrugając do niej okiem.
- Może trochę. - burknęła pod nosem. - wiesz, mam szkołę ponad dwa kilometry od domu, a ty tylko pół kilometra, a zanim mama się ubierze to na pewno się spóźnię na pierwszą godzinę.
- Może obudzić cię w poniedziałek?
- Nie trzeba. - spojrzała na niego krzywo, a po chwili rozejrzała się, czy nikogo nie ma w pobliżu. - Nie bądź dla mnie taki miły Bon, bo mama zauważy.
- Bon? Twój brat nazwał mnie dzisiaj rano Heibi, chociaż Bon bardziej mi się podoba.
- Bo mam większą inteligencję od mojego brata.
*
Dean obudził się, kiedy jego twarz muskały promienie Słońca padające przez niewielkie okno w pokoju ze stołem. Wtedy obudził się pierwszy raz, a po chwili zasnął. Obudził się drugi raz, kiedy Mysther zepchnęła go ze stołu niecałą godzinę później.
- Wstawaj idioto! - wrzasnęła, zrzucając go ze stołu. - Zaraz się spóźnię!
- Co ci odwaliło kobieto?! - wrzasnął, masując obolałą od upadku głowę. - Więcej szacunku, co?
- To, że wyświadczasz mi przysługę, to nie znaczy, że muszę być dla ciebie ciągle miła. - warknęła. - Wstawaj, jeśli nie chcesz umrzeć z głodu do końca dnia! 
- No dobrze, poczekaj chociaż i daj mi się umyć czy coś. - warknął pod nosem. 
- Nie zdążysz. Żryj i wychodzimy. 
- Gdzie wychodzimy? - spojrzał na nią, jak biegła w stronę niewielkiego pokoju z którego przyniosła coś w rodzaju bułki parowej. - Co to jest?
- Galharki. - powiedziała twardo, wkładając powoli jedną z bułek do ust. - Nie są zbyt wykwintne i pewno język ci odpadnie, ale nie mam nic innego. 
Chłopak niepewnie złapał za jedną z bułek i powąchał ją, gdy była blisko jego twarzy. Pachniała jak czerstwy chleb w wilgotnym chlebaku, jednak była dosyć miękka by być czerstwą. Wziął niewielkiego gryza, jednak prawie od razu złapało go na wymioty. Nie chcąc usatysfakcjonować dziewczyny u której pomieszkiwał swoim cierpieniem, ugryzł większy kęs bułki, jednak znowu złapały go silne konwulsje żołądka i nie wytrzymał. Wypluł kawałek bułki w jego ustach na dłoń, po czym z pozostałą częścią odłożył na stół.
- Nie jestem głodny. - rzucił oschle patrząc na uśmiechającą się sadystkę. - Powiesz mi chociaż gdzie idziemy? 
- Do szkoły. Tak jak wy chodzimy do szkoły, jednak tam się nie uczymy. Uczenie się jest przywilejem. 
- Więc co w takim razie robicie? 
- Cholera, już późno! - warknęła patrząc na lustro na ścianie. - Idziemy! 
Mysther złapała chłopaka za nadgarstek i wybiegli z domu, nie zatrzaskując go za sobą. Dean zdziwił się, że dziewczyna wierzy, że nikt nie włamie się do jej domu pomimo warunków Odbić. Chociaż pewno każdy kto ja znał mógł powiedzieć, że jest wulgarna oraz niezbyt przyjazna. Rantarshak wyglądał jak wielka polana z domami po dwóch stronach wydeptanej drogi. Niektóre w dobrym stanie, niektóre w opłakanym, jednak każdy wyglądał że tak ma być. Nikomu nie przeszkadzał ich stan ani nikt się nie skarżył. Był zadziwiony, jednak postanowił się na razie tym nie przejmować, albo wcale. To nie był jego świat, a jego jedynym celem na chwilę obecną było wydostanie się do domu. No może jeszcze dogonienie dziewczyny, która przestała go ciągnąć i wystrzeliła niczym torpeda. 
- Mogłabyś trochę zwolnić? - spytał lekko zasapany. 
- Już jesteś zmęczony? Mogłam cię w ogóle nie brać, byłoby lepiej. - warknęła, po czym zwolniła trochę kroku, jednak dalej była w biegu. 
- O co chodzi z tą szkołą, co? Szkoła przetrwania czy co?
- Można powiedzieć. Zobaczysz na miejscu.
*
Był przerażony, kiedy wysiadł z samochodu matki na parking placówki Springcliff. Wokół niego znajdowało się tylu ludzi, że gubił się wzrokiem. Możliwe, że kilka z tych twarzy mógł rozpoznać, ale tylko przez ich odbicia. Szczerze, chciał już wracać do domu, tutaj każdy by odkrył, że to nie on. Mógłby uciec na wagary tak jak to robił Dean, jednak wiedział, że ktoś go złapie z jego umiejętnością bycia wszędzie. Gdy w końcu postanowił iść do placówki czyjaś ręka pociągnęła go za sobą. Ratującym go człowiekiem był Max.
- Max! - Heibon uśmiechnął się. - Jak się cieszę, że cię widzę.
- Wiem, ale w szkole nie możesz się do nikogo odzywać, rozumiesz?
- Co? - wytrzeszczył oczy.
- Dean do nikogo się nie odzywa w szkole. Ja się czasem do niego odezwałem, ale on w szkole się do ciebie nie odezwie. Rozumiesz?
- P-postaram się. - wydukał. - Poza tym, o co chodzi z tym telefonem?
- Nie umiesz go używać, tak? - westchnął. - Po prostu, co jakiś czas się przeglądaj w nim jak Dean. Tu odblokowujesz ekran, a gdy ktoś do ciebie zadzwoni musisz nacisnąć zieloną słuchawkę, która wyskoczy ci gdzieś na ekranie. Idź już, zanim zobaczą że rozmawiamy. Dobra?
Heibon potulnie kiwnął głową i z wielkim uśmiechem na twarzy ruszył w stronę wejścia szkoły, jednak zatrzymał się w pewnym momencie. Z jego twarzy znikł uśmiech, chciał upodobnić się do Deana jakiego pamiętał - cichego i z kamienną twarzą. Jednak nie to dawało mu spokoju. W głowie ponownie odtwarzał twarz Maxa i jego wygląd. Coś było nie tak, jednak Heibon nie mógł sobie przypomnieć co to było. Słysząc dzwonek, pokręcił głową i szybkim krokiem ruszył w stronę sal. 
*
- Nie prosiłam się o to, cholerny człowieku. - warknęła Mysther, bijąc Deana w potylicę głowy. - Nie ruszaj się!
- Nie ruszam do cholery. - syknął przez zęby. - Naprawdę macie Szkoły Przetrwania tutaj? 
- Ta, mamy. Musimy jakoś przetrwać kiedy "czarnuchy" górują. Nie cierpię tych cholernych magów, myślą że jak są po ciemnej stronie to sobie będą wpierdalać ciastka.
- Przynajmniej możecie sobie pograć w paintball. - westchnął, trzymając w dłoni karabin na kulki.
- W co? - spojrzała na niego. - Cicho już siedź, ktoś tu idzie. 
Dziewczyna oparła rękę na ramieniu chłopaka, a on czuł przez ubrania chłód emitujący od niej, mimo że nie dotykała go bezpośrednio. Spojrzał się na bok i zetknął się z jej twarzą, odskakując w mokre liście. 
- Coś ty robiła? - syknął na nią wściekły. - Przez ciebie cały mokry jestem.
- To ja powinnam się wystraszyć, wiesz? - warknęła przez zęby. - Zrobiłeś szum, mogą nas znaleźć.
- Jak już nas nie znaleźli. - westchnął słysząc ciężkie kroki butów za nim.
Wstał szybko i wymierzył karabinkiem w klatkę piersiową przeciwnika, jednak gdy spojrzał na niego, prawie opadły mu ręce. Średniej długości ryże włosy, kręcące się za uszami, twarz lekko piegowata i przenikliwe, piwne oczy wysokiego, szczupłego chłopaka. Oczywistym było, że bez trudności rozpoznał w nim Maxa Der'a. Wiedział, że to nie on, jednak nie mógł strzelić, mimo że tak mówiła do niego Mysther. Przeciwnik wykorzystał chwilę nieuwagi i kopnął Deana z ciężkiego buta w brodę. Chłopak ogłuszony kopnięciem upuścił karabinek i wywrócił się w stertę mokrych liści, a "Max" wykręcił mu rękę, kładąc go jednocześnie na brzuchu i  przyciskając ubłoconego buta do jego pleców.
- Rebel, zostaw go. - syknęła dziewczyna głośniej. - Nie możesz go wydać, do cholery.
- Jeśli go nie wydać, to go zabić. - warknął chłopak głosem Maxa Der'a. - Poderżnę mu gardło, za to jak mnie upokorzył. 
- Nie, wywalą cię Rebel. - dziewczyna już prawie krzyczała, zdradzając prawie ich położenie. 
- Nie obchodzi mnie to. - warknął chłopak, łapiąc Deana za włosy, po czym z kieszeni kamizelki wyciągnął ostry nóż, przykładając go po chwili do szyi Deana. Dziewczyna nawet nie zauważyła, lecz poczuła, kiedy Max poderżnął Evansowi gardło. Ciepła krew z jego szyi wytrysnęła na jej twarz niczym fontanna lub pistolet na wodę. Zatrzęsła się lekko, jednak nauczyła się unikać krwi, nawet jeśli jest ludzka czy Odbicia, osoby takiej jak ona. Dean łapał się za szyję i próbował złapać oddech, jednak po chwili runął martwy na stos mokrych liści twarzą do ziemi. Rebel wziął nóż i wyczyścił go końcem koszulki, wystającej spod kamizelki, po czym schował go na miejsce. 
- Nic nie widziałaś, Mysther. - warknął. - Bo tobie też może stać się coś złego.
- Jej.. nie tkniesz. - z ziemi powoli zbierał się Dean, ledwo, ale na własnych siłach. Twarz miał we krwi, od ust po szyi dalej spływała czerwona posoka, jednak rany jednak już nie było. Wydawało się, że w miejscu głębokiego cięcia było tylko lekkie zadrapanie. Mysther nie ukrywała zdziwienia. Nigdy nie widziała Podobieństwa w tym świecie, jednak Pesteroth opisał w swojej księdze, że Podobieństwa nie mogą umrzeć w Rantarshak i innych krainach. I właśnie była tego świadkiem. Powoli sama stanęła do pozycji stojącej i patrzała na minę przerażonego Rebela.
- Ty.. Co tu.. To nie Bon..
- Ty skurwysynu. - powiedział, patrząc na dłoń pełną krwi, otartej z twarzy. - To bolało. 

czwartek, 27 listopada 2014

4. Dean, poznaj Annę.

Chłopak posłusznie podążył za dziewczyną sukience, mimo że jeszcze przed chwilą wydawało mu się, że kobieta w ciele Narabelany nie musiała być nią. Wskazywały na to te nagłe zmiany - włosy, ich kolor, budowa, a nawet oczy. Niechętnie wszedł do pokoju,w  którym zamiast zobacyzć tego co się spodziewał, ujrzał dawną Narabelanę, przynajmniej taką jak pamiętał.
- Przepraszam cię za Kather. - powiedziała na wejściu. - Musiałeś się jej pewno przestraszyć.
- Nie była aż taka straszna. - skłamał. - Może najwyżej ta zmiana i to, że chciała mnie zabić.
- Niestety, taka już jest. - westchnęła. - Dean.. tak?
- O ile mnie pamięć nie zawodzi.
- A więc Dean. - spojrzała na chłopaka. - Pewno nie wierzysz w Rantarshak, ale niestety na twoje i nasze nieszczęście musisz w nas uwierzyć. Powinien cię już przekonać do tego Heibon, ale zdaję sobie sprawę z twojego twardego stąpania po ziemi, jednak Kraina Luster jest i będzie prawdziwą krainą.
- Najwyżej baśniową. - prychnął niemiło. Dosyć żartów. W głowie usłyszał ponownie ten nieprzyjemny głos Kather. - A nawet jeśli, to wolałbym wrócić do domu.
- To nie będzie możliwe, Dean. - pokręciła głową. - Po pierwsze, inkantacja musi zostać wymówiona z drugiej strony Lustra, na dodatek podczas Jasnego Księżyca. Na twoje nieszczęście trafiłeś na okres Półcienia.
- Że co proszę? - chłopak nie rozumiał słów Patronki krainy.
- W Krainie Luster czas dzieli się na Księżyce.- chrząknęła dziewczyna. - Jasny, Cienia i okres Czerwieni. W Jasnym okresie góruje magia biała, w Cienia góruje czarna magia, a w okresie Czerwieni używanie magii jest zakazane i grozi śmiercią. Dla uproszczenia.
- Czyli musiałbym przeczekać tutaj dwa okresy i mógłbym wrócić do domu jeśli skontaktuję się z Heibonem, by odmówił inkantację?
- Tak, to dałoby radę, jeśli Heibon dobrze by ją odczytał. - odkiwnęła mu Narabelana. - W jakim języku była zapisana inkantacja na Lustrze?
- W łacinie. Przynajmniej od lewej, on mi to kazał czytać od prawej.
- Czyli Pesteroth był od początku skurwysynem. - Mysther zacisnęła pięści. - Cholernik jeden, wiedziałam!
- Uspokój się, Mysther. - w pokoju rozbrzmiał głos Kather, jednak nikt nie otworzył ust. - Nie warto pastwić się nad Przeklętym.
- Przeklętym? - chłopak zdziwił się. - Dobra, nie ważne. Chciałbym się jeszcze ile trwa taki okres Cienia czy coś.
- Udało ci się trafić na okres Półcienia, gdzie oba okresy występują jeden po drugim, co jest bardzo rzadkie.  - blond kobieta przewróciła oczami. - Sama nie wiem ile to może trwać, głównie okres Cienia trwa dwa tygodnie ludzkie, a okres Czerwieni nawet do miesiąca.
- Czyli utkwiłem tutaj na.. - chłopak obliczył na palcach dla ironii sytuacji. - Dwa cholerne miesiące?!
- Nie umiesz liczyć? Sześć tygodni ludzkich. - prychnęła na niego Mysther. - Ludzkich! Tutaj czas płynie inaczej.
- Boże, nie mów mi tylko, że utknąłem tutaj na dłużej. - Dean załamał się do końca.
- Czas tutaj płynie szybciej na twoje szczęście. - odezwała się blondwłosa.
- Dzięki Bogu. Powiesz mi może jeszcze, co mam niby robić przez ten czas?
- To wytłumaczy ci Mysther. Niestety, nadchodzi górowanie Księżyca Cienia, Kather będzie wychodzić nade mnie, muszę jej pilnować. Mysther. - kobieta zwróciła się do dziewczyny w sukience. - Jeśli byłyby jakiekolwiek kłopoty, zawsze jesteś mile widziana w moim domu.
- Dziękuję, Nara. - Mysther lekko ukłoniła się w pasie, a kobieta opuściła jej dom, jak gdyby nic dziwnego nie miało miejsca. Zamknęła po niej starannie drzwi i poszła do pokoju,  w którym spał jeszcze nieco ponad godzinę temu Dean.
- Zaraz. - wrzasnął. - Czyli ja mam tutaj czekać te całe okresy i nie okresy?!
- Zamknij jadaczkę, mam lepsze rzeczy do roboty, niż kłócenie się z pierwszym lepszym Podobieństwem. - odwarknęła. - Też mi się nie podoba to, że musisz tu mieszkać zwłaszcza w tym okresie.
- Chodzi ci o ten Półcień?
- Zamknij się już. Proszę. - pstryknęła na niego. - Nie wiem, czy wasze jedzenie różni się od naszego, ale herbatę na pewno mamy wspólną. Pijesz zieloną czy czarną?
*
Krzątał się w tę i z powrotem po pokoju Deana. Heibon kompletnie nie wiedział co ma robić. Jedzenie, które dostał od rodziny chłopaka smakowało jak pierwsze lepsze łajno centaura, przez co oskarżał matkę Deana o naprawdę fatalną kuchnię jak na matkę dwójki dzieci. Jednak to nie to było jego największym problemem, tylko czas jaki mieli. A raczej ten, którego nie mieli. Dean utknął w Rantarshak, on utknął w Londynie. Nie wiedział ile zajmie Równowadze i Harmonii, by odkryły tę zmianę światów przez dwójkę śmiałków, a raczej ofiar własnej głupoty i ciekawości. Patrzył ciągle w lustro, jednak jedyne co widział to odbicie swojej twarzy, tak, swojej. Zawsze ciekawił się jak wygląda, a widząc Deana myślał, że to tak wygląda, jednak obrzydzało go to, że młody chłopak tyle patrzy w lustro. Jego twarz wydawała się inna niż ta, którą codziennie widział u Deana. Jego była jaśniejsza i o wiele bardziej skupiona każdego dnia. Gdyby stanął przy Deanie naprzeciw lustra, nie powiedziałby o żadnym podobieństwie do niego. Chociaż pewno by tak nie zrobił, bo to on jest odbiciem Deana, w lustrze nic by nie zobaczył. Oczy miał szersze albo przynajmniej tak mu się zdawało. Zielone tęczówki biły blaskiem jarzeniowej żarówki w pokoju chłopaka, policzki były na pewno bardziej zaróżowiałe niż Podobieństwa, a usta pełniejsze. Miał też grubszą szyję, jedyne co mieli to samo to chyba tak naprawdę głos. I włosy, to była jedyna rzecz którą Heibon lubił, gdy Evans przeglądał się w lustrze. Może dlatego to tak często robił? Przez chwilę nie mógł się oderwać wzrokiem od lustra, póki nie wystraszył go odgłos otwieranych, skrzypiących drzwi.
- Dean, a ty znowu przed lustrem? - westchnęła Rena, młodsza siostra Podobieństwa Heibona. - Miałeś mi opowiedzieć jak było na wycieczce. 
- Miałem? - zdziwił się Heibon. 
- Tak poza tym, to czemu wróciłeś tam do muzeum? - napierała na niego umysłowo, czuł to.
- Mówiłem przecież matce, że zostawiłem tam telefon.
- Kłamiesz! - krzyknęła. - Widziałam, że rozmawiałeś przez telefon gdy wychodziłeś z domu! 
- Więc, co byś chciała za milczenie? - po dłuższej chwili ciszy Heibon przełknął głośno ślinę patrząc na satysfakcję Reny. 
- Chciałabym, żebyś mi powiedział co się stało z moim bratem. - założyła ręce na piersi. - Znam mojego brata aż za dobrze i nie oferował by mi nawet złamanego funta za milczenie, a raczej wybiłby mi zęby. 
- S-skąd ty to.. - Heibon pokręcił głową wiedząc, że znajduje się na przegranej pozycji, wydając się. - Twój brat jest gdzieś, skąd jak na razie nie może wrócić.
- Ile chcecie wyciągnąć od naszej matki? - spytała, siadając na łóżku. - Za okup za brata.
- Że co? - zamrugał kilka razy. - Nie, to nie tak. Jak myślisz, czy jakiś porywacz chciałby się tak bardzo upodobnić do twojego brata?
- Właśnie to miało być moje następne pytanie, ale jeśli sądzisz, że to nie jest okup, to słucham w takim razie co.
- Wierzysz w zapiski Steve'a Franka? 
- Tego szajbniętego polityka co prowadził dziennik na temat Krainy Luster? Nie wiem czy są wiarygodne, ale to z jaką pasją pisał o każdym zakątku Krainy Luster było naprawdę ciekawe. To było lepsze uczucie niż czytanie Harrego Pottera po raz pierwszy. 
- U, zawzięta czytelniczka widzę. Kontynuując, skoro czytałaś zapiski Steve'a Franka, znasz Krainę Luster jak własną kieszeń?
- Można powiedzieć. Wiem, że jest kraina, w której żyją ludzie podobni do nas, jednak nie widziałam nic więcej w żadnej książce biograficznej o tym miejscu. 
- Więc. - pochylił się na krześle. - Nie sprzedałabyś mnie przez pewien czas, kiedy będę ci przez godzinę opowiadał historię Rantarshak - Krainy Odbić?
*
Po dość krótkim jak się spodziewał wieczorze herbaty, spał na stole, który dziewczyna posłała mu po północy. Był niewygodny w cholerę, jednak to musiało mu wystarczyć. Gdzieś w połowie nocy, kiedy miał już powoli zasnąć usłyszał szloch. Jednak wiedział, że nie jest to szloch Mysther, dziewczyny u której tymczasowo pomieszkiwał. Jej głos był twardy, przynajmniej tak mu się wydawało. Wstał powoli ze stołu, który i tak głośno zaskrzypiał, jednak jak się okazało nikt się nie ruszył. Poszedł w kierunku szlochu i jak mu się wydawało ujrzał Myther, ciągle w tym samym czerwonym szaliku, jednak na sobie miała czarny podkoszulek na ramiączkach oraz krótkie, szare spodenki. Siedziała zgarbiona na łóżku patrząc się w lustro jakby dziecko w telewizor, nie mogące oderwać wzroku. Dalej słyszał szloch, mimo że dziewczyna nie miała szklących się oczu, ani nie ruszała ustami, aż do momentu, kiedy kątem oka zauważyła Deana stojącego w drzwiach. 
- Kather mówiła ci, że nieładnie podsłuchiwać. - warknęła, nie odrywając wzroku od lustra.
- Przepraszam, ale nie mogłem spać, a to jojczenie już mnie doprowadzało do szału.
- To nie jojczenie ignorancie, tylko płacz. Szloch dokładniej. - westchnęła, podkulając nogi pod brodę. - Jezu, jak ja nie cierpię patrzeć jak płacze.
- Jak kto płacze? - spytał lekko zdenerwowany, po czym podszedł i usiadł obok dziewczyny naprzeciw lustra. Otworzył szeroko oczy, kiedy zauważył, że na lustrze widać twarz dziewczyny, która wydawała owe dźwięki szlochu. Miała długie, czarne i proste włosy niczym Mysther, jednak bez tego śmiesznego zakrętu na końcach, oczy niby w tym samym kolorze, jednak dziewczyny z lustra były czerwone i mocno zapuchnięte. Rzęsy mocno sklejone od łez i rozmazanego tuszu, a warga czerwona, prawie przekrwiona od ciągłego przygryzania jej, gdy próbowała przestać płakać. Co jakiś czas przykładała dłonie do twarzy. Wtedy to chudymi i kościstymi palcami drapała się po policzkach szponami na ich końcach. Patrzył się na nią w skupieniu i wtedy zrozumiał, że jest to Podobieństwo Mysther. - Jak ma na imię?
- Anna. Jej matka jest Polką, a ojciec Rosjaninem, jednak mieszkają w Anglii, tak jak ty.
- Często tak.. często tak płacze?
- Ostatnio częściej. - położyła głowę niżej, nie odrywając wzroku od lustra. - Dokładniej od momentu, kiedy jej chłopak się powiesił.
- Łoah. - chłopaka zatkało. - Strasznie mi przykro.
- Anna też chciała się powiesić. Dokładnie na tym szaliku. - wskazała palcem na swoją szyję. - Na tym samym, którym dostała od niego na urodziny. Jednak szalik się rozwiązał, a ona teraz nosi go przy sobie jak pamiątkę, jednak ryczy jak głupia chcąc się zabić. Nie chcę tego po części.
- Po części? - spojrzał na nią ukosem. - To to nie jest tak, że gdy umiera Podobieństwo, to Odbicie również?
- Nie. Gdy Podobieństwo umiera, jego Odbicie staje się Shlachem. Shlach to wysoko postawiona osoba, niestety nie mogąca używać mocy magicznej, a w okresie Czerwieni to one górują.
- Nie chciałabyś zostać tym Shlachem?
- Nie za taką cenę. Chciałabym, żeby była szczęśliwa.
- Więc dlaczego jej tego nie powiesz?
- Głupi! - wrzasnęła cicho. - A ty wiedziałeś o istnieniu Heibona, zanim się z nim zobaczyłeś twarzą w twarz?
- Też racja. - przewrócił oczami. - Ale ja mogłem się porozumieć z Heibonem, myślisz, że z nią też bym mógł?
- To zbyt ryzykowne. Nie podoba mi się to.
- Spokojnie. Porozmawiam z nią tylko raz, przekażę rzeczy od ciebie, będę mówił w twoim imieniu.
- Chciałabym, ale to zbyt skomplikowane debilu. - odwarknęła. - Chociaż.. dobra. Spróbuj. Nazywa się Anna Stalfov, może uda ci się, Guru.
*
Kolejny dzień był dla niej katorgą. Wciąż opłakiwała stratę lubego Petera, mimo że chłopak odebrał sobie życie ponad dwa miesiące temu. Starała się ubierać ładnie, gdy przychodziła nad jego grób. Tym razem miała na sobie sukienkę z tiulem - czarną, jak to lubił. Może nie mógł wytrzymać, że nie jest brytyjskiej krwi? Na pewno powiedziałby jej, gdyby chciał odebrać sobie życie. Poszła by za nim nawet do piekła, tak bardzo chciała. Jedyne co jej po nim zostało, to ten szalik.
Wyrzuć go. 
Głos w jej głowie rozbrzmiał niczym torpeda, pojawił się tak szybko, jak zniknął, jednak potrafił ją przestraszyć. Sama wiedziała, że z natury jest płochliwa. Złapała jedną dłonią za szalik, po czym rozejrzała się po pokoju, jednak jak podejrzewała, nikogo nie widziała. Pięknie, zaczynają się jej choroby psychiczne. 
To on cię osłabia. 
W jej głowie znowu zabrzmiał obcy głos, tym razem z łagodniejszym tonem wypowiedzi. Nie znała tego głosu, jednak za drugim razem wydawał się jej o wiele milszy. 
- Kto mówi? - wrzasnęła z całej siły płuc na swój pokój, oświetlony tylko niewielkimi lampkami na choinkę wokół lusterka na szafie. - Gdzie jesteś?!
- Przykro mi, ale nie mogę ci się pokazać. - tym razem głos usłyszała na pewno w pokoju, a nie w swojej głowie. Przerażona rozejrzała się po pokoju, jednak nikogo nie widziała.
- Kim jesteś? - wrzasnęła jeszcze raz. - Dlaczego każesz mi wyrzucać ten szalik?!
- Czy to nie na nim, chciałaś się powiesić, Anna? - głos znowu przemówił, jednak ostrzej. Teraz idealnie mogła rozpoznać, że był to głos dosyć głęboki, jednak nie mogła rozpoznać go spośród wielu znanych jej głosów. Na pewno rozmawiała z czystym Brytyjczykiem. Akcent tego człowieka był płynny, wręcz.. piękny. Piękniejszy niż jej ojca. - Spokojnie, nie chcę ci zrobić krzywdy.
- Gdzie jesteś? Pokaż się, pokaż mi, że nie zwariowałam. 
- Spokojnie Anna, nie zwariowałaś, ale chcę ci przekazać tylko słowa osoby, dla której jesteś bardzo ważna. 
- Co? - uklękła na podłodze, patrząc się w sufit. - Mam nadzieję, że nie słyszę Boga. 
- Co? Nie, nic z tych rzeczy. - głos zaśmiał się. - Od kogoś, kogo widzisz patrząc w lustro. 
Dziewczyna spojrzała na lusterko na drzwiach szafy, jednak widziała tam tylko siebie, klęczącą na podłodze w swojej piżamie. 
- Mnie? O..ode mnie?
- Nie płacz. - powiedział głos, tonem dosyć łagodnym. - Ona zawsze będzie przy tobie, Anna. 
- Co? - odezwała się w stronę lustra. - Kto będzie przy mnie? Halo! Odpowiedz mi!
Jednak głos już nie odezwał się do niej tego wieczora. Biła dłonią w lustro, jednak nie usłyszała niczego nawet w swojej głowie. Wiedziała, mimo to, wolała wierzyć w tą piękniejszą wersję. Że ten głos jest prawdziwy. Jednak wiedziała, że straciła już wszelakie zmysły. 

wtorek, 18 listopada 2014

3. Zabierz mnie stąd!

Gdzie jest Heibon? Heibon!
Imię człowieka, który jeszcze niespełna dwie godziny temu wmawiał mu, że jest nim, a raczej jego zaginionym odbiciem okazało się być prawdziwe, gdy szumiało mu w uszach razem z krwią. Kobieta przed nim ponownie spojrzała gniewną twarzą na niego, a wszystko wokół ucichło. Ponownie otworzyła usta, jednak z nich wydarł się tylko pisk, przypominający skrobanie paznokci po tablicy. Zakrył dłońmi uszy, krzycząc z bólu. Szumiąca krew ustała, jednak czuł się, jakby wypływa z uszu, zamiast wracać do żył. Upadł przed kobietą na kolana, a wtedy ta złączyła wargi, zostawiając jego zmęczony narząd słuchowy w spokoju. Kiedy umęczony podniósł głowę, kobieta zniknęła, a jego oczom ukazała się jego twarz, a raczej twarz zdezorientowanego Heibona. Widział ją jedynie chwilę, ale mógł zrozumieć, że chłopak najprawdopodobniej jest w tarapatach.
- Gdzie jest Heibon? - ponownie w jego głowie rozległ się ten sam głos, a przed nim ponownie pojawiła się kobieta. Jej spojrzenie tym razem było zmartwione, jakby chłopak klęczący pod nią coś sobie zrobił, a ona miała wyrzuty sumienia. Kaskada długich blond włosów swobodnie spadała na jej błękitną szatę. - Przepraszam, nie chciałam cię straszyć, chłopcze.
- Boże, gdzie ja jestem. - Dean próbował wstać, jednak nagły ból głowy trzymał go w kuckach.
- Jesteś w Krainie Luster, Dean. Nie pytaj skąd znam twe imię, to zbyt oczywiste chłopcze. Moje imię to Narabelana, jestem, a raczej byłam patronką Rantarshaku.
- Rantar-czego? - chłopak wstał z jej pomocą, jednak szum w  głowie i ból nie ustawały, chwiał się.
- Rantarshaku. Terenu Odbić. 
Kobieta ujęła dłonią miejsce w którym się znajdowali i dopiero teraz, przy pełnym wschodzie Słońca krainy niewielkie domy, które nijak przypominały jego miejscowość. Wszystko było niedbałe, domy choć niewielkie i pewno nowe, były już częściowo w rozsypce, natomiast stare, bo te z obdrapanymi już ścianami były w o wiele gorszym stanie. Ludzie, nie. Odbicia wychodzące z domów nie wyglądały natomiast na zmartwione ich stanem bytu. Odbicia dzieci biegały wesoło w kółko za sobą, w ogóle nie przypominając utrapionych.
- Mimo tego stanu miasta, wszyscy są bardzo szczęśliwi, prawda? - odezwała się kobieta. - Poszukuję Heibona Dean. Co się z nim stało?
- Szczerze mówiąc sam.. nie.. wiem. - chłopak zawahał się, a do jego głowy wrócił głośny szum krwi, po czym upadł nieprzytomny na ziemię.
*
- Max, co ja mam teraz zrobić? - załkał Heibon, roztrzęsiony nad swoim losem i losem jego Podobieństwa. - Co ja powiem jego matce? Mam tak po prostu go udawać?
- To chyba będzie najprostsze, chłopie. Podejrzewam, że ona nie uwierzy w Rantarshak. Masz po prostu przejebane.
- Niezbyt miłe słownictwo, ale dziękuję, Der. - westchnął, po czym wstał na równe nogi. - To chyba jej samochód, prawda?
Tak jak chłopak przewidział, kobieta szybko i gwałtownie zaparkowała pod wejściem do muzeum. Z samochodu wypadła rozwścieczona, niczym byk z czerwoną płachtą na twarzy, a widać było, jak bardzo wyskoczyły jej żyły na twarzy.
- Dean! - wrzasnęła z daleka bardzo donośnie. - Czy mogę się dowiedzieć, dlaczego włamałeś się do muzeum, pomimo dzisiejszej wycieczki?! Tłumacz się!
- Przepraszam mamo, po prostu.. - Heibon prawie stracił przytomność pod presją kobiety. - ... zostawiłem tam telefon.
- Dean, przecież mogłeś mi powiedzieć kiedy wrócę z pracy, to byśmy pojechali tu razem! - wrzeszczała dalej. - Najwyżej kupiłabym ci nowy cholerny telefon!
- Przecież kupiłaś mi ten ostatnio! - odchrząknął Heibon. - Na dodatek nie powinnaś pokazywać ludziom, że jesteś bardzo rozrzutna zwłaszcza przed wyborami!
- Co ty zacząłeś się tym tak nagle interesować, Dean? - uspokoiła lekko ton, jednak dalej można było zobaczyć jak bardzo jest zła na jej syna. - Poza tym to tylko telefon, to nie ma nic wspólnego z wyborami.
- A wręcz ma! - bronił się ciągle. - Jeśli ludzie zobaczyliby mnie z nowy telefonem w dłoni, wiedzieliby, że kupiłaś mi nowy, a to oznacza, ze jesteś rozrzutna, bo pamiętam, że ten mam od krótkiego czasu.
- Trzy miesiące, masz rację. - westchnęła cicho. - Co nie zmienia faktu, że więcej kłopotów mojej kampanii narobi mi twoje włamanie do nieotwartego muzeum, Dean. Syn kryminalista, dziękuję.
- Przepraszam, naprawdę nie chciałem ci robić z tym jakichkolwiek problemów. - podszedł bliżej do kobiety. - Obiecuję, że już więcej nie zrobię nic, co mogło by zaszkodzić twojej kampanii.
- Tu nie chodzi o mnie, tylko o ciebie. To jest czyn karalny Dean. Zamknęliby cię, gdyby nie zadzwonili do mnie, rozumiesz?
- Tak. Przepraszam.
- Poza tym, twoje "więcej" obejmuje ile miesięcy? Dwa, trzy?
- Szczerze, to sam nie wiem. - chłopak zaśmiał się, widząc, że matka jego Podobieństwa rozluźniła się. - Wracamy do domu?
- Tak, jeszcze odwieziemy twojego kolegę. Chłopcze, jak masz na imię?
- Max Der, pani Evans. - powiedział ochoczo chłopak, wstając z kamiennych schodów muzeum.
- Och, więc wiem gdzie mieszkasz. Wsiadaj do samochodu, odwiozę cię przy okazji, nie będziesz tutaj marzł i czekał na rodziców, żeby zrobili ci taką samą awanturę jak ja Deanowi.
*
Kiedy Dean otworzył oczy znajdował się w jakimś dziwnym pokoju, który szczerze mówiąc przypominał mu salon. Zorientował się, że leży na czymś twardym, ale ciepłym, jednak bolące plecy nie pozwalały mu wstać i spojrzeć na czym leży. Usłyszał tupot obcasów chodzących w tą i z powrotem po pokoju obok, a przynajmniej tak mu się zdawało. Słyszał też stłumione przez ściany głosy kłócące się ze sobą, jednak gdy tylko próbował się ich bardziej nasłuchiwać, w uszach słyszał głośny szum i pisk, które cudem ustawały gdy tylko porzucał chęci podsłuchu. Nie powinieneś podsłuchiwać, chłopcze. Ponownie w jego głowie rozbrzmiał się głos kobiety, którą poznał wcześniej, więc osobą rozmawiającą głośno za ścianą była Narabelana i najprawdopodobniej właściciel domu w którym leżał. W końcu poczuł zelżenie ucisku kręgosłupa i powoli, trzymając się po bokach jak już wywnioskował stołu przykrytego kocem, wstał. Pomieszczenie było niewielkie. Pomalowane na kolor podobny do kwiatów lawendy, pod jedną ze ścian stało kilka krzeseł, najprawdopodobniej odsuniętych od stołu, a po drugiej stronie stała niewielka oszklona szafa, w której z tego co widział znajdowały się ozdobne zestawy do herbaty i innych pierdół. Rozmowy ustały całkowicie, razem z bólem głowy i kręgosłupa, po leżeniu na niewygodnym stole. Usiadł na brzegu stołu i zeskoczył na podłogę, odkrywając jednocześnie, że ma bose stopy. Starał się opuścić pomieszczenie, a najlepiej dom, nie będąc zauważonym przez kobietę, która wcześniej go zaatakowała tym chorym szumem, a potem udawała totalnie niewinną, jednak nie mógł. Jak się spodziewał, za ścianą rozmawiała Narabelana, a gdy zauważyła, że ucieka, starała się go zatrzymać. I udało się to jej, szum w głowie chłopaka był nie do zniesienia, a krew w głowie pulsowała. Zdawało mu się, że słyszy bicie swojego serca, cichnące z każdym uderzeniem. Kobieta gwałtownie podbiegła do niego i przycisnęła go za szyję do ściany. Na twarzy ciągle miała tą twarz, którą zobaczył jako pierwszą. Zawzięte oczy, prawie przeszywające go na wylot, jednak nie dawał za wygraną. Starał się ostatkiem sił oderwać dłoń, która trzymała go za szyję, jednak nie powodowała bólu ani ucisku tak mocnego, by nie mógł złapać tchu. Przeraził się jeszcze bardziej tym, że kaskada blond loków powoli zaczęła.. lewitować na wietrze. Jej twarz zbladła, a oczy przechodziły z koloru błękitu w coraz ciemniejszy fiolet, aż przeszły do barwy czerwieni. Źrenice zmniejszyły się gwałtownie, po czym rozciągnęły się w kreski, przez co jej oczy wyglądały niczym wyłupane kotu. Ręka na jego szyi gwałtownie spowodowała ból, jednak dalej mógł oddychać. Czuł, jakby jej dłoń na jego krtani stanęła w płomieniach, jakby chciała go spalić żywcem. Blond włosy stały się proste i czarne jak bezgwiezdna noc, a to zaledwie ułamek sekundy po tym, gdy jej oczy zaczęły się zmieniać. W końcu Dean poczuł, że zaczyna mu brakować powietrza. Mimo braku mocnego ucisku dłoni, dusił się. Ból po chwili stawał się nie do zniesienia, a w głowie słyszał jak jego serce cichnie. Ciągle widział rozwścieczone oczy Narabelany, jednak kątem oka zauważył rozmytą postać, a w głowie oprócz szumu usłyszał ciche odbicia obcasów o panele domu.
- Zostaw go. - usłyszał mocny, kobiecy głos. - Wiesz, że on tu nie umrze, Kather. 
Kobieta, którą osoba w progu nazwała Kather, puściła Deana, a ten od razu poczuł chłód na szyi, gdzie jeszcze przed chwilą czuł, jakby ktoś założył mu palącą się obręcz. Przejeżdżając po niej palcami nie poczuł żadnych bąbli, ani zmienionej skór, chociaż mógł przysiąc, że dotyk kobiety zmienił się w chwilę, straszliwie przypominając ogień. Łapał szybko oddechy, a w głowie ponownie usłyszał znienawidzony szum oraz pulsujące serce, tym razem szybciej i głośniej. Kiedy jego wzrok przestał się rozmazywać nawet na dłoni, którą trzymał przed oczyma, spojrzał na postać stojącą obok jeszcze niedawnej Narabelany, która do tej pory nie powróciła do dawnego wyglądu. Stała tam dziewczyna, dosyć młoda, może i w jego wieku. Włosy miała długie, skręcone śmiesznie na końcach, przypominające trochę kręcące się wstążki akrobatek, tańczących artystycznie. Oczy miała niebieskie, prawie szare, naturalne, jednak Deanowi od razu się spodobały. Była śmiesznie ubrana, całkiem nie jak Odbicia. Na stopach miała czarne pantofle na obcasach, na nogach miała rajstopy w kratę, przypominające bardziej kabaretki. Miała też na sobie czarną sukienkę z rozchodzącym się na boki tiulem i koronkowym gorsetem, a na szyi czerwony szalik. Patrzała to na kobietę obok, to na Deana, aż w końcu westchnęła.
- Czy... czy mógłbym wiedzieć co ja tu robię? - wysapał Dean, na którego wzrok nagle obróciły obie kobiety. 
- Narabelana chyba ci mówiła, że jesteś w Rantarshak. - kobieta, która jeszcze przed chwilą wydawała się być wcześniej wspomnianą Narabelaną przemówiła ostrym, syczącym głosem, który pęczniał w głowie Deana. - Biedny chłoptaś nie wie co się dzieje.
- Wiem, że jestem w tym cholernym świecie i Rantar-cośtam, ale chciałbym się dowiedzieć co robię w tym cholernym domu!
- Zamknij tą bluźnierczą paszczę. - prychnęła na niego dziewczyna z niebieskimi oczami. - To mój dom i nie życzę sobie, żeby jakieś pierwsze lepsze Podobieństwo bluźniło mi na dach pod którym żyję.
- Dobra, dojdźmy do porozumienia i powiedzcie mi chociaż jak mógłbym stąd wrócić do domu.
- Z Rantarshak nie ma wyjścia. - w głowie Evansa ponownie zabrzmiał głos Kather, jednak widział, że kobieta nie otwiera ust, a wręcz bawi się jego niewiedzą o tym świecie.
- Skoro nie ma stąd wyjścia, to jakim cudem spotkałem tak Heibona? - wrzasnął na cały dom, a oczy Kather ponownie zaczęły przypominać oczy Narabelany. - Heibon jest teraz w moim świecie, skąd mam wiedzieć co się z nim teraz dzieje?
- Poczekaj. - właścicielka domu podniosła rękę. - Wróć do pokoju w którym siedziałeś. Zaraz przyjdziemy.
Jakby na słowa dziewczyny włosy kobiety, która przeszła gwałtowną zmianę wizualną, zaczęły z powrotem kręcić się i jaśnieć, jednak w powolnym tempie. Nie chcąc widzieć kolejnej przemiany kobiety w obawie o swoje życie, posłuchał dziewczyny i wrócił do pokoju w którym leżał na stole. Dopiero teraz zauważył, że na jednej ścianie wisi lustro, które bardziej przypominało szybę, jednak najbardziej przerażało go to, że widział w nim jego własny pokój. Podbiegł do niego, a w nim zauważył, że siedział na swoim łóżku, jakby całe Rantarshak było tylko zwykłym koszmarem. Wtedy zrozumiał, że to nie on siedzi na łóżku, lecz Heibon.
- Heibon. - syknął cicho. - Heibon, słyszysz mnie?
- Dean? - chłopak siedzący w pokoju obrócił głową dookoła, jednak nie widział wołającego go Podobieństwa. - Boże, zwariowałem już.
- Nie, Heibon. To ja, Dean. - powiedział trochę głośniej. - Prędzej to ja wariuję, zabierz mnie stąd.
- Dean, gdzie jesteś? - podszedł do szafy, w której było lustro, a wtedy zauważył, że w lustrze widzi nie swoją zdziwioną twarz, lecz zakłopotaną twarz Deana. - Dean, gdzie cię wyrzuciło? Jesteś w Rantarshak?!
- Tak, gdzie mogłem trafić niby?
- Uwierz mi, że tam są o wiele gorsze miejsca i nie życzę ci, żebyś do któregokolwiek trafił. Kogo spotkałeś, że jesteś w Wizjerze?
- W czym? - Dean skrzywił twarz.
- W Wizjerze. - westchnął Heibon. - Wizjer to wasze lustro, dzięki Wizjerom nas widzicie tak jak was samych, jako odbicie.
- To tylko popieprzone lustro. Heibon, wyciągnij mnie stąd!
- Tylko żebym jeszcze umiał, Dean. Twoja mama zakazała mi się zbliżać do tego muzeum na kilometry zanim je otworzą, a innego sposobu nie znam na wyciągnięcie cię stamtąd.
- On stąd nie wyjdzie. - za plecami Deana stanęła właścicielka domu. - Słyszysz mnie Heibon?
- Mysther, to ty? - Heibon starał się spojrzeć jakby za plecy Deana, jednak nic nie widział. - Nie jestem pewien czy to ty, bo cię nie widzę.
- Tak, to ja. Narabelana przyprowadziła go do mnie, a ten jeszcze pyskuje.
- Dean, nie wchodź jej za skórę, bo to się źle skończy. Tym bardziej Kather, obiecaj mi to, a ja postaram się cię stamtąd wyciągnąć.
- Nie Heibon! Ty musisz mnie stąd wyciągnąć! Matka zauważy, że mnie nie ma, zobaczysz! - Dean uderzył pięścią w twarz Heibona na lustrze, jednak nic się nie stało.
- Dean, nie rzucaj się tak. - Heibon starał się go uspokoić. - Ona nic nie zauważyła, myślisz, że zauważy coś szybko? Mamy czas, obiecuję, że cię stamtąd wyciągnę.
- Mam nadzieję. - warknął na lustro, jednak twarz Heibona zaczęła znikać. - Heibon! Wracaj!
- Chodź, to nic nie da. - Mysther położyła rękę na ramieniu Deana. - Narabelana chce cię widzieć. 

sobota, 15 listopada 2014

2. Me imię brzmi Heibon.

Dlaczego ja zniknąłem?!
To pytanie zadawał sobie ciągle w głowie Dean Evans, chłopak który "zniknął ze swojego życia". Przerażony brakiem swojego odbicia ponownie złapał za telefon, jednak nawet matryca urządzenia nie chciała pokazać jego oblicza. Czy to ze względu na to lustro? Zdziwiony tym, że jego telefon zaczął dzwonić, odebrał, przerażony przykładając aparat do ucha.
- Słucham. - powiedział dość cicho.
- Dean, myślałem, że wróciłeś do domu po tym cholernym muzeum. - w słuchawce usłyszał głos Maxa Dera.
- No bo wróciłem! Siedzę w swoim pokoju i ..
- To skoro siedzisz w swoim pokoju, to co właśnie robisz pod Springcliff?!
- Co? - wstał przerażony z łóżka. - Ale to niemożliwe! Jestem w domu, naprawdę!
- Przecież widzę, że to ty, Dean. Chociaż.. wyglądasz trochę inaczej.
- Max, nie odchodź stamtąd, rozumiesz? - wrzasnął, wybiegając ze swojego pokoju na korytarz. - Zaraz tam będę, pilnuj go!
- Znaczy ciebie?
- Nie ważne kto to, patrz, żeby nie odszedł!
- Jezu, rozumiem. Czekam na ciebie, chociaż wiem swoje, że to ty. Przecież trzymasz telefon w dłoni.
Przerażony Dean zatrzymał się w drodze osłupiały. Nie wiedział, czy zniknięcie jego odbicia w lustrze i to, że w mieście pojawił się nagle ktoś, kto wygląda tak jak on. Omijając wrzaski rodziny i wołania Maxa ze słuchawki telefonu wybiegł w stronę przystanku autobusowego, którym jeździł do szkoły, jednak patrząc na rozkład, domyślił się, że szybciej dostanie się pieszo lub biegiem. Minęło dziesięć minut, jak dobiegł do Springcliff cały zadyszany, ale nie mógł wzrokiem odnaleźć Maxa, ani chłopaka, który wyglądem miał przypominać jego. Wtedy wybrał numer do chłopaka, jednak dopiero po dłuższym sygnale odebrał.
- Cholera, gdzie ty jesteś, miałeś czekać!
- Wiem, ale on sobie poszedł, więc poszedłem za nim! - szepnął do słuchawki. - Wiesz w ile gówien wdepnąłem idąc po trawie?
- Nie obchodzi mnie to Max. - chłopak uderzył się otwartą dłonią w czoło - Gdzie jesteście?
- Nie wiem, ale wydaje mi się, że chyba w okolicach przystanku, obok którego przejeżdżaliśmy dzisiaj wcześniej. Gdzie on lezie?
- Skąd ja mogę wiedzieć? O który przystanek ci chodzi?!
- Kurna, zobaczył mnie chyba, bo idzie w moją stronę. - pisnął, jednak dalej trzymał głos ciszej. - Niedaleko sądu, Dean. Ale nie ruszaj się spod Springcliff, zaraz tam biegnę!
Połączenie padło, tak jak telefon Deana. Chłopak stał zdezorientowany całą sytuacją, nie wiedząc, czy Max zwariował, czy to z niego chce zrobić wariata. Może jest dla niego miły, żeby z innymi zrobić sobie z niego jaja? Nie cierpiał takich fałszywych ludzi i miał nadzieję, że Max taki nie będzie, bo miał dosyć samotności. Jeden kumpel by mu starczył i mógłby zaufać Maxowi, ale tylko pod jednym warunkiem. Jeśli ten człowiek za nim przyjdzie. Otrząsnął się z rozmyślań nad telefonem, rozpaczając jednocześnie nad niemożnością spojrzenia na siebie, kiedy Max szturchnął go, przebiegając obok niego.
- Kurna, co ty robisz, nie stój tak! - wrzasnął na niego.
- To ty na mnie wpadłeś cholero!
- Przepraszam bardzo. - z ostrej kłótni wyrwał ich głos znany obojgu. - Czy wiecie może jak trafić na trzydziestą piątą ulicę?
- Czy mógłbyś nam za przeproszeniem nie przerywa.. - Dean obrócił się, jednak zastygł w bezruchu widząc.. siebie.
Nie do końca, ale jednak. Chłopak stojący przed nim był przede wszystkim ubrany inaczej. Dean miał na sobie czarny T-shirt ze swoją ulubioną bluzą bejsbolówką, a chłopak przed nim miał czerwoną koszulę w kratę, dobrze mu znaną, bo posiadał podobną. Nie tyle co podobną, a tą sama, bo na piersi widniała kieszeń z wyszytym imieniem - jego prezent na ostatnie urodziny od Jureen Evans. Max również był zdziwiony, jednak wycofał się o kilka kroków, czując mocne zażenowanie śledzeniem obcego człowieka.
- Przepraszam, że przerywam, ale naprawdę potrzebuję tam trafić. Szukam kogoś.
- R-rozumiem. - To jedyne co potrafił wydukać chłopak, patrząc na swojego sobowtóra. - Mieszkam na trzydziestej piątej, więc postaram się tam cię zaprowadzić. Kogo szukasz?
- Deana Evansa, ale z tego co widzę, to chyba trafiłem, tak Dean?
- Skąd wiesz jak mam na imię? - chłopak wrzasnął przerażony, rozglądając się, czy ktoś wokół patrzy się na nich lub czy nie ma tam jakiejś ukrytej kamery, bo czuł się, jakby ktoś go kręcił.
- Max, powiedz mi, że zatrudniłeś kogoś i żartujesz, proszę. To nie jest śmieszne!
- To nie ja Dean, przysięgam! Może i chciałem ci zrobić jakiś kawał, ale chciałem ci szczeniacko pineskę na krześle położyć!
- Ty kmiocie cholerny, naprawdę? - wrzasnął w stronę Dera. - Jak mogłeś..
- Dean. - sobowtór ponownie się odezwał. - To nie jest żaden przekręt, uwierz mi. To raczej ty zrobiłeś coś, czego nie powinieneś i musimy to odwrócić, żeby wszystko było normalnie.
- Nigdzie z tobą nie pójdę, póki nie powiesz mi, skąd się do cholery wziąłeś świrze!
- Stąd. - powiedział, wskazując palcem na dłoń Evansa, w której ciągle widniał jego rozładowany telefon. - Myślałem, że nie ma wtedy twojego odbicia, a ty jednak odruchowo trzymasz ten telefon.
- Jakie nie widać odbicia?! - Max wtrącił się pomiędzy bliźniaczą rozmowę. - Dean?
- Skąd ty o tym wiesz? - rzucił nerwowo. - Skąd wiesz o tym, że nie widzę odbicia?
- To proste. - przyłożył dłoń do piersi dumnie. - Moje imię to Heibon. Jestem twoim Odbiciem, Dean.
Na chwile pomiędzy trójką nastała cisza. Max nie wiedział co powiedzieć, a z nerwów zaczął się śmiać. Całą sytuację uznał za żart, że to Dean próbuje go wrobić czy coś, ale zrozumiał, że to wszystko dzieje się naprawdę, kiedy Dean stał blady jak ściana.
- Z jakiego psychiatryka się urwałeś człowieku? - odwarknął na niego Dean. - Nie ma takiego imienia jak Heibon.
- Bo nie ma. Tutaj. Tam skąd ja jestem, imiona są różne, a odzwierciedlają was, nie nas. Kontynuując, mówię prawdę. Musimy iść do Lustra, a ja wtedy wrócę do siebie i o wszystkim zapomnimy.
- O jakim Lustrze ty pierdzielisz? - Maxowi opadły ręce. - Jedyne lustro jakie dzisiaj widzieliśmy to..
- To to lustro w Muzeum Historii Średniowiecza. - wtrącił się Dean. - Ale ono będzie otwarte dopiero za miesiąc, mieliśmy wejścia przedpremierowe z prywatniaka.
- Więc się tam zakradniemy. - Heibon odezwał się cierpko. - Równowaga pomiędzy Ziemią, a Krainą Luster musi być równa, bo inaczej będzie źle. Już zrobiłem błąd rozmawiając z tobą, że wiesz o moim istnieniu, jednak ja muszę to naprawić. Muszę.
- Dobra dobra, spokojnie, człowieczku. - chłopak złapał go za ramiona. - Zaraz sprawdzimy jak tam się dostać przed zachodem słońca, wkradniemy się i wrócisz do siebie.
- Naprawdę?
- A skąd! - wrzasnął Dean. - Człowieku, lecz się!
- Dean. Dean! - Max w końcu zwrócił uwagę Evansa na sobie. - Pamiętasz co mówił ten przewodnik? Może ta inkantacja zadziałała inaczej, bo przeczytałeś ją w łacinie, a nie po ...
- Max ma rację. - odrzekł Heibon, a Dean ciągle patrzył na niego zadziwiony. - Jeśli przeczytałeś inkantację Stwórczą, to ja pojawiłem się tutaj. Teraz musisz przeczytać inkantację Rewersywną, a ja powrócę na miejsce.
- Nawet jeśli to wszystko prawda, to skąd mam wiedzieć gdzie jest ta rewersja czy coś tam. - odburknął, niezadowolony ze swojej przegranej, między Maxem, a kimś, kto uciekł z psychiatryka.
- Jest na lustrze. Och, poczekaj, wy czytacie od lewej do prawej, co nie? U nas to się czyta na odwrót, dlatego użyłeś inkantacji Stwórczej. Nie mamy czasu, naprawdę, Dean. Za jakiś czas równowaga się zachwieje, a nawet ja nie chcę wiedzieć co się wtedy stanie.
- Dobra, dobra! Wygrałeś człowieku! Masz pomysł jak tam dojść czy coś? Max?
- Może zdążymy na ostatni autobus. - westchnął, kierując się w stronę przystanku. - Idziecie, czy nie?
*
- To się nie uda. - syknął przez zęby, patrząc jak Heibon rozmawia ze strażnikiem przed muzeum, stojąc z Maxem za jednym z filarów podtrzymujących dach.
- Doszedłeś aż tutaj po ponad godzinie jazdy i pół godzinie marszu, a teraz mówisz, że się nie uda? Uwierzyłeś temu człowiekowi, więc jeszcze spróbuj zaufać w niego.
- Max, to jest chyba oczywiste, że.. - jego wypowiedź przerwał mu Heibon, a raczej jego czyn, bo chłopak jednym zamachem powalił strażnika z którym rozmawiał na ziemię, pozbawiając go przytomności. -  ..co.
- Boże, teraz to on prawie w stu procentach przypomina ciebie. - westchnął Max, po czym rozejrzał się, czy nikt na nich nie patrzy i podbiegł w stronę chłopaka w czerwonej koszuli na jego sygnał. 
Dean zrobił to samo, choć niezbyt chętnie. Przechodząc obok strażnika spojrzał na niego, upewniając się czy mężczyzna na pewno żyje. Na szczęście żył, a nawet oddychał, więc szybko popędził za wchodzącą już dwójką do budynku. Heibon przytrzymał mu drzwi, jednak prychnął na niego, kiedy przechodził obok niego. Rozejrzał się i zauważył, że byli niedaleko sali, w której było wielkie lustro. 
- Max, pamiętasz którędy? - szepnął, wyciągając telefon i świecąc latarką przed sobą. 
- Tak szczerze, to chyba wcale. A ty, ludziku? - spojrzał na Heibona.
- Ja? - zamrugał szybko. - Nie, bo widzę coś tylko wtedy, kiedy Dean spojrzy w lustro. 
- Więc prowadź Dean. - westchnął Max, również włączając latarkę w telefonie. - Bo chyba tylko ty będziesz wiedział.
- Wydaje mi się, z podkreśleniem na wydaje, że to jest chyba ta sala od ósmego lustra, chociaż nie wiem jak tu się znaleźliśmy. 
- Więc to będzie tutaj? - Heibon podszedł do drzwi i otworzył je, jednak ich oczom ukazały się psy. Trójka dobermanów równocześnie obejrzała się za skrzypiącą parą drzwi, jak i za trójką nastolatków. Na ich widok zaczęła warczeć, a po chwili donośnie szczekać, przez co musieli zacząć uciekać. Wiedzieli, że rozdzielanie się nie będzie skuteczne, bo wtedy wszyscy się zgubią i na dodatek każdy miałby po dobermanie na głowę.
- No kurwa bardzo śmieszne! - wrzasnął Dean, wybiegając przed dwójką do drzwi, które przytrzymał dla nich. - Wbiegajcie kurna, szybciej! 
Max wbiegł ciągnąc za sobą Heibona, dyszącego z opadających sił. Rozejrzeli się po pokoju i zawuażyli, że znajdują się w sali pełnej luster.
- To tutaj! Max, trzymaj te drzwi, żeby te kundle tutaj się nie dostały!
- Masz to jak w banku! 
- Chodź! - warknął łapiąc Heibona za nadgarstek. - Powinienem cię zabić za to, że znalazłeś te psy. 
- Myślisz, że wiedziałem o nich? - odburknął, kiedy chłopak rzucił nim pod lustro, a ten o mało co się nie wywalił. - Przepraszam!
- Nie przepraszaj, ale czytaj to! 
- Ale to ty to musisz przeczytać!
- Śpieszcie się do cholery! - wrzasnął Max, który już z trudem przytrzymywał drzwi przed szczekającymi i skaczącymi psami. - One długo nie wytrzymają!
- Przecież dobermany to potężne psy.
- Chodziło o drzwi, debilu! - wrzasnął do Heibona. - Róbcie to szybciej!
- Dobra, dobra! - Dean stanął naprzeciw lustra, obok Heibona. - Od prawej do lewej, tak?
- Tak, dokładnie. 
Dean przetarł dłonią twarz, po czym spojrzał na napis na lustrze. Słowo po słowie zaczął czytać tak jak nakazało "jego odbicie" - od ostatniego słowa, po pierwsze. Wtedy poczuł się dziwnie. Wszystko wokół niego zaczęło się robić mgliste, a w dłoniach czuł mocne mrowienie. Zdawało mu się, że słyszy wołanie. Wróć do mnie, Heibonie. Dziewczyna, a raczej kobieta, która go wołała, miała głos wręcz niebiański, zdający się chwytać go prosto za duszę. Mrowienie w dłoniach przeniosło się na całe ręce, a w uszach szumiała krew. Serce biło mu jak szalone, czuł, że zaraz wyskoczy mu z klatki piersiowej. Wróć do mnie. Zdawało mu się, że upada. Nie widział już obok siebie swojego sobowtóra, ale widział Maxa stojącego obok drzwi, do których dobrały się dobermany z pomocą wcześniej powalonego ochroniarza. Psy wbiegły do pomieszczenia, szczekając na wszystko wokół. Jeden z nich szczekał nawet na niego, co powodowało większe szumienie krwi w uszach.
- Zamknij się, Dandy! - warknął ochroniarz, masując obolałą i łysą potylicę. - Przecież to kurwa lustro!
Dean skamieniał. Dopiero kątem oka zauważył, że nie widział Heibona obok siebie, bo stał po drugiej stronie. Jak to możliwe? Gdy próbował zrobić krok w przód, zatrzymał się niespodziewanie. Na sobie miał czerwoną koszulę z wygrawerowanym imieniem. Gdy spojrzał na Heibona, wyglądał tak jak on. Próbując ponownie zrobić krok czuł coś przed sobą twardego, co nie pozwalało mu iść. Heibon stał wpatrzony w lustro, póki ochroniarz nie złapał go pod ramię i nie wyniósł z sali, a wtedy jakby obraz wydarzeń zniknął mu sprzed oczu. Odwrócił się za siebie i ujrzał kobietę. Jej długie blond włosy opadały w kaskadzie fal, a stała na przyszarzałej trawie w blasku wschodzącego lub zachodzącego Słońca. Wyciągnęła przed niego rękę, a Dean odskoczył od niej na bok. Wtedy twarz kobiety zrobiła się gniewna, patrzała na niego, jakby miała rządzę mordu w sercu. Lekko otworzyła usta, a z nich wypuściła słowa:
- Gdzie jest Heibon?

poniedziałek, 10 listopada 2014

1. Czy to lustro jest prawdziwe?

Dean Evans. Jakby go tu inaczej nazwać, niż przeciętnym, rozpuszczonym nastolatkiem dwudziestego pierwszego wieku? Samotnikiem? Buntownikiem? Nikim. Żył przeciętnie, tak jak każdy nastolatek w jego sytuacji, okrzykiwany przez rodziców "Najgorszym dzieckiem świata". Oczywiście, miał też rodzeństwo - młodszą, "uroczą" siostrą Reną, piątkową uczennicą, wynoszoną nad ołtarze przez kochających rodziców. Nie mógł narzekać na biedę. Jego matka była znanym politykiem pracującym w Radzie Miasta, a ojciec był dentystą, pracującym w dobrej klinice. Oczywiście chodził do szkoły prywatnej Springcliff, w której uczył się w pierwszej klasie licealnej. Z wyglądu nie przypominał "kujona", jak to potocznie nazywa brzydkich ludzi młode społeczeństwo. Włosy miał ciemne, prawie kruczoczarne jak jego ojciec, a oczy niebieskie, podobnież po świętej pamięci babci Jureen. Nie dbał on o żadną rzecz jaką posiadał. Ani o ubiór, ani rzeczy większej ceny. Jedyne czym mógł się zamartwiać to jego włosy, które były średniej długości, a były dla niego jak skarb. Dlatego uwielbiał na nie patrzeć. Ciągle chodził do łazienek, by móc w większym lustrze zobaczyć ich ułożenie. Na lekcjach ciągle miał schowany telefon, w którym przeglądał się co chwilę, dlatego też gdy tylko miał pękniętą w nim szybę, prosił rodziców, a wręcz kazał im kupować nowy telefon lub by wymienili szybkę, jeśli telefon naprawdę lubił, co też było rzadkie. Nie miał przyjaciół ani w Springcliff, ani poza szkołą. Jedynym jego przyjacielem był on sam. Aż do dnia, w którym...
- A więc, droga klaso. - klasnęła w dłonie ich wychowawczyni - Ell Marbucky. - Jak już mówiłam, niedawno zostało otwarte nowe muzeum, a raczej zostanie otwarte Muzeum Historii Średniowiecza, w którym nie tylko znajdziemy nudne, stereotypowe zbroje, jakbyście to powiedzieli, ale również i historię o wiedźmach, magii i innych zabobonach, których nie uznalibyście za takie nudne.
- Kiedy tam jedziemy? - rękę podniósł Max Der, jeden z chłopaków, których Dean mógł nazwać "Nie jest tak pojebany jak reszta".
- W ten czwartek. - powiedziała nauczycielka, nie kryjąc zdziwienia po szczęśliwym wybuchu klasy. - No dobra, a teraz gadajcie z czego macie sprawdzian.
- Z niczego proszę pani. - wrzasnął klasowy "śmieszek".
- Timm, ja to mogę sprawdzić w dzienniku.
- Niby z historii, ale i tak mieliśmy przełożyć. - tym razem odezwał się Paul.
- Jezu, dzieciaki, jak wy tak mi się będziecie zachowywać do końca, to wy maturę sobie przełożycie. - westchnęła Ell. - Ale skoro miał być to sprawdzian z historii, pani Tern pojedzie z nami jako opiekun.
- Co?! NIE! - wrzasnęła cała klasa, oprócz zawsze siedzącego cicho Deana.
- Więc jedziemy w piątek po sprawdzianie.
- To ja pójdę do profesor Tern! - wrzasnęła dziewczyna w pierwszej ławce, a kobieta wypuściła ją do nauczycielki historii. Niedługo po omówieniu kosztów wycieczki, wliczając ceny biletów ze zniżką dla grup zorganizowanych oraz podwyżką cen biletów przedpremierowych z powodu inflacji i podatków, zadzwonił dzwonek, a klasa wyszła z sali na korytarz. Jedynie Dean został na swoim miejscu, bo miał do tego prawo, a po chwili podeszła do niego wychowawczyni.
- Evans, na pewno chcesz jechać na tę wycieczkę? - spytała; nigdy nie mówiła do niego po imieniu tak jak do reszty klasy, po chwili zajęła miejsce naprzeciw niego. - Jeśli nie chcesz jechać, ja to zrozumiem, jednak twoja matka na pewno będzie chciała, żebyś tam pojechał i zrobił jej przyjemność, że jej syn przynajmniej stara się nie być aspołeczny.
- Moja aspołeczność nie jest pani sprawą. - westchnął głęboko, nie patrząc na kobietę, a na szybę, w której widział swoją cierpiącą twarz. - Moja matka też mnie nie obchodzi, to jej polityka.
- Evans, naprawdę zrozumiem, jeśli nie chcesz jechać, ale jeśli jeszcze raz będziesz używał wobec mnie jako nauczyciela takiego słownictwa będę zmuszona rozmawiać z twoją matką.
- Rozumiem. - ponownie westchnął, tym razem odrywając swoją twarz od odbicia w szybie. - Dobrze, pojadę. Przynajmniej to nie jest kolejne nudne muzeum ze stereotypowymi zbrojami.
- Widzisz, od razu jest lepiej, kiedy masz takie nastawienie. - zaśmiała się cicho. - Może jak będziesz dalej się tak nastawiał, to może zdasz do kolejnej klasy. Miłej przerwy.
Kobieta wstała i udała się na korytarz, przymykając za sobą drzwi do klasy, zostawiając Deana samego ze sobą. Chciałabyś. Pomyślał chłopak, wiedząc jak bardzo kobieta go nienawidzi jak reszta świata, a tylko udaje miłą. Ponownie wrócił wzrokiem do swojego odbicia, zauważając kosmyk włosów zbyt przylegający do jego twarzy. Zmrużył oczy i próbował ułożyć kosmyk na jego miejsce, kiedy jego odbicie.. mrugnęło. Przynajmniej tak mu się zdawało, chociaż gdyby mrugnął, widziałby choć na chwilę ciemność. Jednak tak się nie stało. Przetarł oczy i zauważył, że kosmyk leżał na swoim miejscu, a w sali nie był już sam. Wszyscy siedzieli skupieni, patrząc się na ławki, a on sam spojrzał w dół. Kurwa, sprawdzian. Złapał za długopis, po czym spojrzał na zegarek telefonu, który leżał pod piórnikiem. Lekcja zaczęła się ponad dwadzieścia minut temu. Jakim cudem tego nie zauważył? Szybko podpisał się na kartce papieru i dziękował komukolwiek, bo na pewno nie Bogu, że sprawdzian obejmował same pytania zamknięte.
*
- Znowu jedynka, Dean? - wrzasnęła jego matka prawie na całe gardło. - Wstydziłbyś się przynosić takie oceny do domu!
- Jezu no, miałem mniej czasu! Ty pewno też nie pamiętasz połowy wzorów, jakich się nauczyłaś w liceum!
- Jak to mniej czasu Dean?! Z tego co wiem, gdy nauczycielka fizyki weszła do klasy, siedziałeś spokojny i wyprostowany, a gdy podała ci test, patrzałeś w kartę przez dwadzieścia minut! To jest mniej czasu?!
- Naprawdę straciłem rachubę! Poprawię to!
- Mam nadzieję! Wiesz jakim wstydem jesteś dla mnie? Ogromnym! Myślisz, że to miło, kiedy wszyscy z Rady Miasta chwalą się jak to ich dzieci kończą każdą klasę z wyróżnieniami, a ja nie mam co powiedzieć o moim pierworodnym, bo ledwo co zdaje z klasy do klasy?!
- Naprawdę to poprawię, no! - wrzasnął, zaciskając pięści.
- Jeśli nie poprawisz tego jutro, nie pojedziesz na tę cholerną wycieczkę do Muzeum Historii Średniowiecza! Będę cię każdego dnia, wysyłać do tej cholernej placówki, żebyś się uczył, a jeśli to będzie konieczne, nawet w weekendy!
- Dobra, daj mi spokój kobieto, powiedziałem, że to poprawię, to poprawię!
- Gdzie ty idziesz?! - wrzasnęła do odchodzącego syna. - Jeszcze z tobą nie skończyłam!
- Ale ja tak! Chcesz żebym się uczył, czy nie zdał? - wrzasnął, po czym trzasnął za sobą drzwiami. Rzucił się na łóżko i westchnął w poduszkę. Wyjął po chwili telefon z ręki i poprawił włosy, patrząc na swoje odbicie w telefonie. Gdyby nie jego zagapienie, może zdobył by lepszą ocenę, a matka znowu nie wyzywałaby go od gorszych. Rena zawsze się przed nią chwali, a on? Też by chciał czymś od czasu do czasu się pochwalić, ale Rena zawsze jest lepsza. Kompleks młodszego rodzeństwa, czyż nie? Tak jak niestety obiecał matce, złapał za znienawidzoną książkę od fizyki i powtarzał wzory przez piętnaście minut. Jednak ponownie poczuł mocne mrugnięcie i zauważył, że na zegarku na szafce nocnej pojawiła się godzina jedenasta trzydzieści. Zasnąłem? Przecież przed chwilą była siedemnasta. Trudno. Odłożył książkę na bok i przykrył się kołdrą, a mimo myśli, że spał przez bite sześć godzin, z łatwością odpłynął do krainy Morfeusza.
*
Udało mu się. Przyłożył się jeszcze do powtórki i ocenę poprawił na dostateczną, dosłownie. Matka na ostatnią chwilę zgodziła się na wyjazd, tak jak i dyrekcja szkoły. Wyjazd był dosłownie last minute, jak wszystko inne załatwiane przez panią Marbucky. Siedział na końcu autokaru, który po dwóch godzinach zawiózł ich w odległe krańce stolicy w korkach porannych. Wysiedli pod ozdobnym budynkiem ustawiając się w pary i w samotną jedynkę Deana, po czym weszli do Muzeum. W środku oprowadzał ich niezbyt młody mężczyzna, na co wskazywała jego łysina. Dean brzydził się łysiną, jak dziewczyny brzydzą się pająków i brudu. Nie tyle co się jej bał, ale odrzucał ją niczym niechciany przedmiot. W końcu trafili na sektor "Magia", który zaintrygował klasę, a o dziwo i jego. Sala była pełna... luster. Wokół luster były również ustawiane półki z księgami, sztuczne pajęczyny dla lepszego efektu grozy, choć wyglądało to tandetnie, a obok półek stały małe stoliki, z kilkoma księgami, porozkładanymi na brzegach okrągłych stolików.
- Więc jesteśmy teraz w sektorze "Magia", który różni się trochę pewno jak zauważyliście od sektora "Wiedźmy". Każde lustro rozstawione po bokach sali jest przejściem do poszczególnych, małych sal, wspominających o początkach wiary w magię i jej używanie. Znacie pewnie opowieści o wielkim czarodzieju Merlinie lub Gandalfie z książek wybitnego pisarza fantastyka, Tolkiena. Jednak muszę was uprzedzić, że to nie była magia, lecz czary.
- A czym niby to się różni. - prychnął o dziwo Dean, a cała klasa spojrzała, że on cokolwiek powiedział.
- Trafne pytanie.. chyba. - odchrząknął przewodnik. - Otóż w czarach były używane zaklęcia, a magia cechowała się tylko jako cały zbiór. To troszkę pogmatwane, ale jeśli by w twoje ręce trafił kiedykolwiek dziennik Steve'a Franka, wiedziałbyś czym jest magia. Zwał on w swojej księdze, bo książką nie umiałbym tego nazwać, że magia to tylko cechy pozytywne zaklęć, a także stwory, które w niczym nie przypominały ludzi. 
- A pan kiedyś miał ten dziennik, że wie?
- Nie, otóż dziennik tak samo jak Steve Frank zaginęli wiele setek lat temu, jednak wiadomo, że Frank nie żyje, a dziennik leży razem z nim w mogile. Zapiski dziennika głosił rodzinie, ta natomiast przekazywała to z pokolenia na pokolenie, by wieści rodziny nie przepadły jak proch na wietrze.
- Bujdy. - wrzasnął Timm. - To lustro na środku też gdzieś prowadzi?
- O nie, pod żadnym pozorem nie można go dotykać! - powiedział zdenerwowanym tonem głosu przewodnik. - To tak zwany Elearn, portal do Krainy Luster. Magiczne lustro, które pozwalało odkryć najbardziej magiczną krainę, gdzie zło nigdy nie zawitało, ani harmonia nie została zachwiana. I tak, uprzedzam pytanie. - wskazał na dłoń Timma unoszącą się w górze. - To też było opisane w dzienniku Steve'a Franka. Lustro zabrano kiedyś z jego domu, podobno sam je zbudował. Oczywiście to jest replika, nikt nie wie, gdzie znajduje się prawdziwe lustro. Na ramie została odtworzona inkantacja magiczna, która podobnież pozwala na przeniesienie do Krainy Luster. Oczywiście, jest to w łacinie, jednak tłumaczenie na nasz język oznacza "Nigdy nie wierz w to, co jest przed tobą ani za tobą, jednak wierz w to, co masz w środku". Piękne czyż nie? Okej, widząc wasz niezbytni zachwyt, możecie się rozdzielić po lustrach. Widzimy się w ostatnim przejściu na lewo, a potem przejdziemy do ostatniego sektora "Koniec średniowiecza". 
Tak jak nakazał przewodnik, "wszyscy" się rozdzielili. Jedynie Dean został w sali i podszedł do wielkiego lustra, jednak go nie dotykał. Patrzył tylko w swoje odbicie w wielkim lustrze, w którym wydawał się tak mały i bezbronny. 
- Bu! - wrzasnął Max stojący za nim, a Dean odskoczył na bok. 
- Cholera, człowieku! Kiedyś ci przyjebię.
- Oj no już, nie sraj wyżej niż możesz dupę unieść, Dean. - chłopak klepnął go w ramię. - To lustro jest naprawdę fascynujące, nieprawdaż?
- Jest wielkie. I ten napis to na pewno łacina? - Spojrzał na ramę na której widniało Nec ante te nec post te credere, sed in hoc quod intus. 
- No tak no, przeczytam ci to. Nek ante te nek...
- Głupi. Tego się tak nie czyta. - chrząknął. - To się czyta inaczej, coś jakbyś w tym pierwszym słowie czytał każdą literę inaczej. 
- Ty, skąd ty się znasz na łacinie? - spytał Max, słuchając jak chłopak zakończył inkantację w łacinie. - Z tego co wiem, to ty s polskiego też ledwo zdajesz.
- Ojciec jest lekarzem, musiał zdawać łacinę. Uczył mnie przez jakiś czas, przynajmniej jak czytać. 
- No to fajnie masz. Idziesz ze mną obejrzeć wystawy? Nudno mi z tą klasą samemu.
- Coś ty nagle dla mnie taki miły? - spojrzał na niego krzywo, patrząc ostatni raz w swoje odbicie, które jak zauważył, nie ruszało się jak on, a raczej.. stało w miejscu. - Dobra, chodź. To lustro jest dziwne. 
- Myślałem, że jesteś lalusiem.
- Bycie lalusiem, a dbanie o włosy to inne rzeczy. - warknął, idąc z Maxem do drugiego lustra. 
- Czyli jesteś pedałem? - chłopak wybuchł śmiechem.
- A może zamknij ryj?
- Dobra, dobra. - burknął pod nosem i wyprzedził Evansa. 
Dean postanowił pokonać swoje uzależnienie i obiecał sobie, że do końca dnia, postara nie spojrzeć na siebie w lustrze. Zamknął więc oczy i na oślep, poszedł w stronę ósmego lustra, za którym czekał na nich przewodnik z nauczycielką.
- Już skończyłeś oglądać, Evans? - spytała Marbucky. - Inni jeszcze oglądają, może..
- Tak, skończyłem. - odparł ostro, po czym schował ręce w kieszenie i czekał, aż cała klasa zbierze się w sali, o dziwo ani razu nie patrząc na swoje odbicie w telefonie.
*
- I jak było Dean? - kiedy wszedł do domu jego siostra Rena siedziała na kanapie oglądając telewizję, jednak on ją zignorował. - Ej, halo. Odezwij się do mnie, bo to nie fair, że ty tam pojechałeś mimo takich ocen. Boże no!
Jednak Dean ciągle ignorował siostrę i szybkim krokiem poszedł do swojego pokoju, a tam już nie wytrzymał. Nie patrząc jeszcze w lustro, które miał w wewnętrznej stronie drzwi szafy, wyciągnął telefon i przytrzymał je naprzeciw twarzy. Zepsuł się? Zmatowiało czy coś? Nie widać mnie! Rzeczywiście, telefon nie odbijał jego twarzy, włosów.. niczego. Machał wolną dłonią przed ekranem, jednak widział tylko to, co miał za sobą. Przerażony, rzucił telefon na łóżko i podszedł do szafy, otwierając z impotentem jej drzwi. Zamarł w bezruchu kiedy okazało się również, że i tam nie ma jego odbicia. 
Czy ja... zniknąłem?

Rozdziały

Tutaj pokaże się rozpiska rozdziałów (jeśli jakiś tutaj w ogóle trafi jeszcze) : 


Witajcie!

Witam wszystkich trafionych tu przez przypadek oraz tych z linku!
Otóż jest to blog, na którym będę publikować moje nowe opowiadanie w tematyce baśniowo-fantasy "Kraina Luster". Mam nadzieję, że komukolwiek się spodoba i czekam na jakiekolwiek opinie na temat mojego pisania, strasznie się ucieszę.
 Pierwszy rozdział opowiadania powinien pojawić się jeszcze w tym tygodniu, jeśli nie, będę powiadamiać o opóźnieniach. 
Kontynuując, w kartach podaję link do mojego dA, gdzie zamieszczam także inne opowiadanie o innej tematyce. 
Jeszcze raz serdecznie zapraszam do czytania.  ;u;