To pytanie zadawał sobie ciągle w głowie Dean Evans, chłopak który "zniknął ze swojego życia". Przerażony brakiem swojego odbicia ponownie złapał za telefon, jednak nawet matryca urządzenia nie chciała pokazać jego oblicza. Czy to ze względu na to lustro? Zdziwiony tym, że jego telefon zaczął dzwonić, odebrał, przerażony przykładając aparat do ucha.
- Słucham. - powiedział dość cicho.
- Dean, myślałem, że wróciłeś do domu po tym cholernym muzeum. - w słuchawce usłyszał głos Maxa Dera.
- No bo wróciłem! Siedzę w swoim pokoju i ..
- To skoro siedzisz w swoim pokoju, to co właśnie robisz pod Springcliff?!
- Co? - wstał przerażony z łóżka. - Ale to niemożliwe! Jestem w domu, naprawdę!
- Przecież widzę, że to ty, Dean. Chociaż.. wyglądasz trochę inaczej.
- Max, nie odchodź stamtąd, rozumiesz? - wrzasnął, wybiegając ze swojego pokoju na korytarz. - Zaraz tam będę, pilnuj go!
- Znaczy ciebie?
- Nie ważne kto to, patrz, żeby nie odszedł!
- Jezu, rozumiem. Czekam na ciebie, chociaż wiem swoje, że to ty. Przecież trzymasz telefon w dłoni.
Przerażony Dean zatrzymał się w drodze osłupiały. Nie wiedział, czy zniknięcie jego odbicia w lustrze i to, że w mieście pojawił się nagle ktoś, kto wygląda tak jak on. Omijając wrzaski rodziny i wołania Maxa ze słuchawki telefonu wybiegł w stronę przystanku autobusowego, którym jeździł do szkoły, jednak patrząc na rozkład, domyślił się, że szybciej dostanie się pieszo lub biegiem. Minęło dziesięć minut, jak dobiegł do Springcliff cały zadyszany, ale nie mógł wzrokiem odnaleźć Maxa, ani chłopaka, który wyglądem miał przypominać jego. Wtedy wybrał numer do chłopaka, jednak dopiero po dłuższym sygnale odebrał.
- Cholera, gdzie ty jesteś, miałeś czekać!
- Wiem, ale on sobie poszedł, więc poszedłem za nim! - szepnął do słuchawki. - Wiesz w ile gówien wdepnąłem idąc po trawie?
- Nie obchodzi mnie to Max. - chłopak uderzył się otwartą dłonią w czoło - Gdzie jesteście?
- Nie wiem, ale wydaje mi się, że chyba w okolicach przystanku, obok którego przejeżdżaliśmy dzisiaj wcześniej. Gdzie on lezie?
- Skąd ja mogę wiedzieć? O który przystanek ci chodzi?!
- Kurna, zobaczył mnie chyba, bo idzie w moją stronę. - pisnął, jednak dalej trzymał głos ciszej. - Niedaleko sądu, Dean. Ale nie ruszaj się spod Springcliff, zaraz tam biegnę!
Połączenie padło, tak jak telefon Deana. Chłopak stał zdezorientowany całą sytuacją, nie wiedząc, czy Max zwariował, czy to z niego chce zrobić wariata. Może jest dla niego miły, żeby z innymi zrobić sobie z niego jaja? Nie cierpiał takich fałszywych ludzi i miał nadzieję, że Max taki nie będzie, bo miał dosyć samotności. Jeden kumpel by mu starczył i mógłby zaufać Maxowi, ale tylko pod jednym warunkiem. Jeśli ten człowiek za nim przyjdzie. Otrząsnął się z rozmyślań nad telefonem, rozpaczając jednocześnie nad niemożnością spojrzenia na siebie, kiedy Max szturchnął go, przebiegając obok niego.
- Kurna, co ty robisz, nie stój tak! - wrzasnął na niego.
- To ty na mnie wpadłeś cholero!
- Przepraszam bardzo. - z ostrej kłótni wyrwał ich głos znany obojgu. - Czy wiecie może jak trafić na trzydziestą piątą ulicę?
- Czy mógłbyś nam za przeproszeniem nie przerywa.. - Dean obrócił się, jednak zastygł w bezruchu widząc.. siebie.
Nie do końca, ale jednak. Chłopak stojący przed nim był przede wszystkim ubrany inaczej. Dean miał na sobie czarny T-shirt ze swoją ulubioną bluzą bejsbolówką, a chłopak przed nim miał czerwoną koszulę w kratę, dobrze mu znaną, bo posiadał podobną. Nie tyle co podobną, a tą sama, bo na piersi widniała kieszeń z wyszytym imieniem - jego prezent na ostatnie urodziny od Jureen Evans. Max również był zdziwiony, jednak wycofał się o kilka kroków, czując mocne zażenowanie śledzeniem obcego człowieka.
- Przepraszam, że przerywam, ale naprawdę potrzebuję tam trafić. Szukam kogoś.
- R-rozumiem. - To jedyne co potrafił wydukać chłopak, patrząc na swojego sobowtóra. - Mieszkam na trzydziestej piątej, więc postaram się tam cię zaprowadzić. Kogo szukasz?
- Deana Evansa, ale z tego co widzę, to chyba trafiłem, tak Dean?
- Skąd wiesz jak mam na imię? - chłopak wrzasnął przerażony, rozglądając się, czy ktoś wokół patrzy się na nich lub czy nie ma tam jakiejś ukrytej kamery, bo czuł się, jakby ktoś go kręcił.
- Max, powiedz mi, że zatrudniłeś kogoś i żartujesz, proszę. To nie jest śmieszne!
- To nie ja Dean, przysięgam! Może i chciałem ci zrobić jakiś kawał, ale chciałem ci szczeniacko pineskę na krześle położyć!
- Ty kmiocie cholerny, naprawdę? - wrzasnął w stronę Dera. - Jak mogłeś..
- Dean. - sobowtór ponownie się odezwał. - To nie jest żaden przekręt, uwierz mi. To raczej ty zrobiłeś coś, czego nie powinieneś i musimy to odwrócić, żeby wszystko było normalnie.
- Nigdzie z tobą nie pójdę, póki nie powiesz mi, skąd się do cholery wziąłeś świrze!
- Stąd. - powiedział, wskazując palcem na dłoń Evansa, w której ciągle widniał jego rozładowany telefon. - Myślałem, że nie ma wtedy twojego odbicia, a ty jednak odruchowo trzymasz ten telefon.
- Jakie nie widać odbicia?! - Max wtrącił się pomiędzy bliźniaczą rozmowę. - Dean?
- Skąd ty o tym wiesz? - rzucił nerwowo. - Skąd wiesz o tym, że nie widzę odbicia?
- To proste. - przyłożył dłoń do piersi dumnie. - Moje imię to Heibon. Jestem twoim Odbiciem, Dean.
Na chwile pomiędzy trójką nastała cisza. Max nie wiedział co powiedzieć, a z nerwów zaczął się śmiać. Całą sytuację uznał za żart, że to Dean próbuje go wrobić czy coś, ale zrozumiał, że to wszystko dzieje się naprawdę, kiedy Dean stał blady jak ściana.
- Z jakiego psychiatryka się urwałeś człowieku? - odwarknął na niego Dean. - Nie ma takiego imienia jak Heibon.
- Bo nie ma. Tutaj. Tam skąd ja jestem, imiona są różne, a odzwierciedlają was, nie nas. Kontynuując, mówię prawdę. Musimy iść do Lustra, a ja wtedy wrócę do siebie i o wszystkim zapomnimy.
- O jakim Lustrze ty pierdzielisz? - Maxowi opadły ręce. - Jedyne lustro jakie dzisiaj widzieliśmy to..
- To to lustro w Muzeum Historii Średniowiecza. - wtrącił się Dean. - Ale ono będzie otwarte dopiero za miesiąc, mieliśmy wejścia przedpremierowe z prywatniaka.
- Więc się tam zakradniemy. - Heibon odezwał się cierpko. - Równowaga pomiędzy Ziemią, a Krainą Luster musi być równa, bo inaczej będzie źle. Już zrobiłem błąd rozmawiając z tobą, że wiesz o moim istnieniu, jednak ja muszę to naprawić. Muszę.
- Dobra dobra, spokojnie, człowieczku. - chłopak złapał go za ramiona. - Zaraz sprawdzimy jak tam się dostać przed zachodem słońca, wkradniemy się i wrócisz do siebie.
- Naprawdę?
- A skąd! - wrzasnął Dean. - Człowieku, lecz się!
- Dean. Dean! - Max w końcu zwrócił uwagę Evansa na sobie. - Pamiętasz co mówił ten przewodnik? Może ta inkantacja zadziałała inaczej, bo przeczytałeś ją w łacinie, a nie po ...
- Max ma rację. - odrzekł Heibon, a Dean ciągle patrzył na niego zadziwiony. - Jeśli przeczytałeś inkantację Stwórczą, to ja pojawiłem się tutaj. Teraz musisz przeczytać inkantację Rewersywną, a ja powrócę na miejsce.
- Nawet jeśli to wszystko prawda, to skąd mam wiedzieć gdzie jest ta rewersja czy coś tam. - odburknął, niezadowolony ze swojej przegranej, między Maxem, a kimś, kto uciekł z psychiatryka.
- Jest na lustrze. Och, poczekaj, wy czytacie od lewej do prawej, co nie? U nas to się czyta na odwrót, dlatego użyłeś inkantacji Stwórczej. Nie mamy czasu, naprawdę, Dean. Za jakiś czas równowaga się zachwieje, a nawet ja nie chcę wiedzieć co się wtedy stanie.
- Dobra, dobra! Wygrałeś człowieku! Masz pomysł jak tam dojść czy coś? Max?
- Może zdążymy na ostatni autobus. - westchnął, kierując się w stronę przystanku. - Idziecie, czy nie?
*
- To się nie uda. - syknął przez zęby, patrząc jak Heibon rozmawia ze strażnikiem przed muzeum, stojąc z Maxem za jednym z filarów podtrzymujących dach.
- Doszedłeś aż tutaj po ponad godzinie jazdy i pół godzinie marszu, a teraz mówisz, że się nie uda? Uwierzyłeś temu człowiekowi, więc jeszcze spróbuj zaufać w niego.
- Max, to jest chyba oczywiste, że.. - jego wypowiedź przerwał mu Heibon, a raczej jego czyn, bo chłopak jednym zamachem powalił strażnika z którym rozmawiał na ziemię, pozbawiając go przytomności. - ..co.
- Boże, teraz to on prawie w stu procentach przypomina ciebie. - westchnął Max, po czym rozejrzał się, czy nikt na nich nie patrzy i podbiegł w stronę chłopaka w czerwonej koszuli na jego sygnał.
Dean zrobił to samo, choć niezbyt chętnie. Przechodząc obok strażnika spojrzał na niego, upewniając się czy mężczyzna na pewno żyje. Na szczęście żył, a nawet oddychał, więc szybko popędził za wchodzącą już dwójką do budynku. Heibon przytrzymał mu drzwi, jednak prychnął na niego, kiedy przechodził obok niego. Rozejrzał się i zauważył, że byli niedaleko sali, w której było wielkie lustro.
- Max, pamiętasz którędy? - szepnął, wyciągając telefon i świecąc latarką przed sobą.
- Tak szczerze, to chyba wcale. A ty, ludziku? - spojrzał na Heibona.
- Ja? - zamrugał szybko. - Nie, bo widzę coś tylko wtedy, kiedy Dean spojrzy w lustro.
- Więc prowadź Dean. - westchnął Max, również włączając latarkę w telefonie. - Bo chyba tylko ty będziesz wiedział.
- Wydaje mi się, z podkreśleniem na wydaje, że to jest chyba ta sala od ósmego lustra, chociaż nie wiem jak tu się znaleźliśmy.
- Więc to będzie tutaj? - Heibon podszedł do drzwi i otworzył je, jednak ich oczom ukazały się psy. Trójka dobermanów równocześnie obejrzała się za skrzypiącą parą drzwi, jak i za trójką nastolatków. Na ich widok zaczęła warczeć, a po chwili donośnie szczekać, przez co musieli zacząć uciekać. Wiedzieli, że rozdzielanie się nie będzie skuteczne, bo wtedy wszyscy się zgubią i na dodatek każdy miałby po dobermanie na głowę.
- No kurwa bardzo śmieszne! - wrzasnął Dean, wybiegając przed dwójką do drzwi, które przytrzymał dla nich. - Wbiegajcie kurna, szybciej!
Max wbiegł ciągnąc za sobą Heibona, dyszącego z opadających sił. Rozejrzeli się po pokoju i zawuażyli, że znajdują się w sali pełnej luster.
- To tutaj! Max, trzymaj te drzwi, żeby te kundle tutaj się nie dostały!
- Masz to jak w banku!
- Chodź! - warknął łapiąc Heibona za nadgarstek. - Powinienem cię zabić za to, że znalazłeś te psy.
- Myślisz, że wiedziałem o nich? - odburknął, kiedy chłopak rzucił nim pod lustro, a ten o mało co się nie wywalił. - Przepraszam!
- Nie przepraszaj, ale czytaj to!
- Ale to ty to musisz przeczytać!
- Śpieszcie się do cholery! - wrzasnął Max, który już z trudem przytrzymywał drzwi przed szczekającymi i skaczącymi psami. - One długo nie wytrzymają!
- Przecież dobermany to potężne psy.
- Chodziło o drzwi, debilu! - wrzasnął do Heibona. - Róbcie to szybciej!
- Dobra, dobra! - Dean stanął naprzeciw lustra, obok Heibona. - Od prawej do lewej, tak?
- Tak, dokładnie.
Dean przetarł dłonią twarz, po czym spojrzał na napis na lustrze. Słowo po słowie zaczął czytać tak jak nakazało "jego odbicie" - od ostatniego słowa, po pierwsze. Wtedy poczuł się dziwnie. Wszystko wokół niego zaczęło się robić mgliste, a w dłoniach czuł mocne mrowienie. Zdawało mu się, że słyszy wołanie. Wróć do mnie, Heibonie. Dziewczyna, a raczej kobieta, która go wołała, miała głos wręcz niebiański, zdający się chwytać go prosto za duszę. Mrowienie w dłoniach przeniosło się na całe ręce, a w uszach szumiała krew. Serce biło mu jak szalone, czuł, że zaraz wyskoczy mu z klatki piersiowej. Wróć do mnie. Zdawało mu się, że upada. Nie widział już obok siebie swojego sobowtóra, ale widział Maxa stojącego obok drzwi, do których dobrały się dobermany z pomocą wcześniej powalonego ochroniarza. Psy wbiegły do pomieszczenia, szczekając na wszystko wokół. Jeden z nich szczekał nawet na niego, co powodowało większe szumienie krwi w uszach.
- Zamknij się, Dandy! - warknął ochroniarz, masując obolałą i łysą potylicę. - Przecież to kurwa lustro!
Dean skamieniał. Dopiero kątem oka zauważył, że nie widział Heibona obok siebie, bo stał po drugiej stronie. Jak to możliwe? Gdy próbował zrobić krok w przód, zatrzymał się niespodziewanie. Na sobie miał czerwoną koszulę z wygrawerowanym imieniem. Gdy spojrzał na Heibona, wyglądał tak jak on. Próbując ponownie zrobić krok czuł coś przed sobą twardego, co nie pozwalało mu iść. Heibon stał wpatrzony w lustro, póki ochroniarz nie złapał go pod ramię i nie wyniósł z sali, a wtedy jakby obraz wydarzeń zniknął mu sprzed oczu. Odwrócił się za siebie i ujrzał kobietę. Jej długie blond włosy opadały w kaskadzie fal, a stała na przyszarzałej trawie w blasku wschodzącego lub zachodzącego Słońca. Wyciągnęła przed niego rękę, a Dean odskoczył od niej na bok. Wtedy twarz kobiety zrobiła się gniewna, patrzała na niego, jakby miała rządzę mordu w sercu. Lekko otworzyła usta, a z nich wypuściła słowa:
- Gdzie jest Heibon?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz