piątek, 5 grudnia 2014

5. Przetrwanie i szkoła.

Kiedy wstał rano, Słońce było jeszcze we wczesnym wstawaniu. Na jego nieszczęście był piątek, co oznaczało, że musiał iść za swoje Podobieństwo do szkoły. Bał się tego jak niczego innego, bo nie znał ani sal, ani nauczycieli danych przedmiotów, a co dopiero mówiąc o jego planie. Po cichu wstał i podszedł do szafy, by zobaczyć "się" w lustrze.
- Psst, Dean. - szepnął. - Dean, słyszysz mnie?
- Heibi? - zdawał się słyszeć ziewnięcie Podobieństwa. - Jezu, tutaj jest gdzieś czwarta nad ranem, chłopie. Daj mi spać.
- A tutaj jest po szóstej. - warknął. - Jak ja mam iść do Springcliff nie wiedząc nawet jakie masz lekcje? poza tym, Heibi? To brzmi dziwnie.
- Jak cały ty. - warknął Dean. - I całe Rantarshak. W plecaku powinien być plan lekcji, jak nie to musisz się spytać Maxa. Wiesz jak używać telefonu komórkowego?
- Nie.
- No to twój problem. - syknął Dean. - I nie odzywaj się do mnie, póki się nie wyśpię. Albo wcale.
- Dean, to nie jest śmieszne. - chłopak warknął, jednak nie doczekał się odpowiedzi. - Dean!
Zrezygnowany Heibon westchnął, po czym podszedł do plecaka, leżącego obok łóżka, w którym rzeczywiście znajdował się plan. Jednak to nie pocieszyło Heibona, ponieważ Dean miał mieć dzisiaj najwięcej lekcji z całego tygodnia, wychodząc po siedemnastej.
- Akurat na herbatę. - zaśmiał się w głowie, po czym według kartki z lekcjami pakował tornister. Nie wiedział co robić po tym jak już wyszykował się w pełni, a widząc na zegarku godzinę za dziesięć siódma. Zszedł do kuchni ubrany w czarny T-shirt, szare spodnie i luźną bluzę. Kiedy przekroczył próg kuchni zauważył matkę Deana ubraną w zielony szlafrok.
- Nie śpisz Dean? - otworzyła szeroko oczy. - To dziwne, nigdy nie mogę cię wyciągnąć z łóżka przed siódmą, a teraz stoisz ubrany i umyty. Coś się stało?
- Nie mogłem spać. - rzucił jakby od niechcenia, czując presję emitującą od kobiety. - Zgłodniałem, tak to bym siedział na kompie.
- Boże, dzisiejsza młodzież nie ma za grosz wyczucia. - westchnęła. - Co chcesz zjeść?
- Sam sobie coś zrobię.
- Na pewno Dean? Nie poznaję własnego syna!
- Tak, poradzę sobie, Jezu. - przewrócił oczami, jak to czasami widział Deana, kiedy rozmawiał ze swoją matką. - Może i mam dwie lewe ręce, okej?
- Za chwilę powinien zejść ojciec, tylko proszę, nie drażnij go. Ma kłopoty w pracy.
- A co się stało? - spojrzał na kobietę, wyciągając z lodówki butelkę mleka.
- Są zwolnienia, po prostu. - patrząc na "syna" podała mu głęboki talerz. - Nie wiem, czy nie szukać innej kliniki, czy w ogóle zrezygnować z pracy.
- Nie powinien szukać innej pracy, jeśli nie wie, czy go wywalą. - ponownie rzucił od niechcenia, tym razem szczerze od siebie. - Niech jeszcze poczeka z dwa tygodnie, potem niech zacznie szukać, jeśli nic się nie stanie.
- Skończmy temat. - powiedziała głośniej poirytowana tonem Heibona. - Tylko zostaw coś Renie, bo pewno wstanie za późno by zjeść coś lepszego.
- Mógłbyś jej coś zrobić teraz. Jak chcesz.
- Dean, aż nie wierzę w to co słyszę. Nie trzeba, niech zna swoje lenistwo, może się nawróci tak jak ty, bo to aż miłe dla serca.
Po chwili matka objęła go ramieniem i z kubkiem kawy w dłoni poszła do swojego pokoju. Po chwili do kuchni wbiegła Rena w ledwo nałożonym na siebie mundurku szkolnym. Rena chodziła jeszcze do gimnazjum, a w szkole prywatnej do której uczęszczała należało nosić mundurki. Granatowa spódnica nie była wyprasowana, koszulka źle zapięta, a krawat niezawiązany. Widać było, że ledwo co wstała.
- Znowu zaspałaś? - spytał, mrugając do niej okiem.
- Może trochę. - burknęła pod nosem. - wiesz, mam szkołę ponad dwa kilometry od domu, a ty tylko pół kilometra, a zanim mama się ubierze to na pewno się spóźnię na pierwszą godzinę.
- Może obudzić cię w poniedziałek?
- Nie trzeba. - spojrzała na niego krzywo, a po chwili rozejrzała się, czy nikogo nie ma w pobliżu. - Nie bądź dla mnie taki miły Bon, bo mama zauważy.
- Bon? Twój brat nazwał mnie dzisiaj rano Heibi, chociaż Bon bardziej mi się podoba.
- Bo mam większą inteligencję od mojego brata.
*
Dean obudził się, kiedy jego twarz muskały promienie Słońca padające przez niewielkie okno w pokoju ze stołem. Wtedy obudził się pierwszy raz, a po chwili zasnął. Obudził się drugi raz, kiedy Mysther zepchnęła go ze stołu niecałą godzinę później.
- Wstawaj idioto! - wrzasnęła, zrzucając go ze stołu. - Zaraz się spóźnię!
- Co ci odwaliło kobieto?! - wrzasnął, masując obolałą od upadku głowę. - Więcej szacunku, co?
- To, że wyświadczasz mi przysługę, to nie znaczy, że muszę być dla ciebie ciągle miła. - warknęła. - Wstawaj, jeśli nie chcesz umrzeć z głodu do końca dnia! 
- No dobrze, poczekaj chociaż i daj mi się umyć czy coś. - warknął pod nosem. 
- Nie zdążysz. Żryj i wychodzimy. 
- Gdzie wychodzimy? - spojrzał na nią, jak biegła w stronę niewielkiego pokoju z którego przyniosła coś w rodzaju bułki parowej. - Co to jest?
- Galharki. - powiedziała twardo, wkładając powoli jedną z bułek do ust. - Nie są zbyt wykwintne i pewno język ci odpadnie, ale nie mam nic innego. 
Chłopak niepewnie złapał za jedną z bułek i powąchał ją, gdy była blisko jego twarzy. Pachniała jak czerstwy chleb w wilgotnym chlebaku, jednak była dosyć miękka by być czerstwą. Wziął niewielkiego gryza, jednak prawie od razu złapało go na wymioty. Nie chcąc usatysfakcjonować dziewczyny u której pomieszkiwał swoim cierpieniem, ugryzł większy kęs bułki, jednak znowu złapały go silne konwulsje żołądka i nie wytrzymał. Wypluł kawałek bułki w jego ustach na dłoń, po czym z pozostałą częścią odłożył na stół.
- Nie jestem głodny. - rzucił oschle patrząc na uśmiechającą się sadystkę. - Powiesz mi chociaż gdzie idziemy? 
- Do szkoły. Tak jak wy chodzimy do szkoły, jednak tam się nie uczymy. Uczenie się jest przywilejem. 
- Więc co w takim razie robicie? 
- Cholera, już późno! - warknęła patrząc na lustro na ścianie. - Idziemy! 
Mysther złapała chłopaka za nadgarstek i wybiegli z domu, nie zatrzaskując go za sobą. Dean zdziwił się, że dziewczyna wierzy, że nikt nie włamie się do jej domu pomimo warunków Odbić. Chociaż pewno każdy kto ja znał mógł powiedzieć, że jest wulgarna oraz niezbyt przyjazna. Rantarshak wyglądał jak wielka polana z domami po dwóch stronach wydeptanej drogi. Niektóre w dobrym stanie, niektóre w opłakanym, jednak każdy wyglądał że tak ma być. Nikomu nie przeszkadzał ich stan ani nikt się nie skarżył. Był zadziwiony, jednak postanowił się na razie tym nie przejmować, albo wcale. To nie był jego świat, a jego jedynym celem na chwilę obecną było wydostanie się do domu. No może jeszcze dogonienie dziewczyny, która przestała go ciągnąć i wystrzeliła niczym torpeda. 
- Mogłabyś trochę zwolnić? - spytał lekko zasapany. 
- Już jesteś zmęczony? Mogłam cię w ogóle nie brać, byłoby lepiej. - warknęła, po czym zwolniła trochę kroku, jednak dalej była w biegu. 
- O co chodzi z tą szkołą, co? Szkoła przetrwania czy co?
- Można powiedzieć. Zobaczysz na miejscu.
*
Był przerażony, kiedy wysiadł z samochodu matki na parking placówki Springcliff. Wokół niego znajdowało się tylu ludzi, że gubił się wzrokiem. Możliwe, że kilka z tych twarzy mógł rozpoznać, ale tylko przez ich odbicia. Szczerze, chciał już wracać do domu, tutaj każdy by odkrył, że to nie on. Mógłby uciec na wagary tak jak to robił Dean, jednak wiedział, że ktoś go złapie z jego umiejętnością bycia wszędzie. Gdy w końcu postanowił iść do placówki czyjaś ręka pociągnęła go za sobą. Ratującym go człowiekiem był Max.
- Max! - Heibon uśmiechnął się. - Jak się cieszę, że cię widzę.
- Wiem, ale w szkole nie możesz się do nikogo odzywać, rozumiesz?
- Co? - wytrzeszczył oczy.
- Dean do nikogo się nie odzywa w szkole. Ja się czasem do niego odezwałem, ale on w szkole się do ciebie nie odezwie. Rozumiesz?
- P-postaram się. - wydukał. - Poza tym, o co chodzi z tym telefonem?
- Nie umiesz go używać, tak? - westchnął. - Po prostu, co jakiś czas się przeglądaj w nim jak Dean. Tu odblokowujesz ekran, a gdy ktoś do ciebie zadzwoni musisz nacisnąć zieloną słuchawkę, która wyskoczy ci gdzieś na ekranie. Idź już, zanim zobaczą że rozmawiamy. Dobra?
Heibon potulnie kiwnął głową i z wielkim uśmiechem na twarzy ruszył w stronę wejścia szkoły, jednak zatrzymał się w pewnym momencie. Z jego twarzy znikł uśmiech, chciał upodobnić się do Deana jakiego pamiętał - cichego i z kamienną twarzą. Jednak nie to dawało mu spokoju. W głowie ponownie odtwarzał twarz Maxa i jego wygląd. Coś było nie tak, jednak Heibon nie mógł sobie przypomnieć co to było. Słysząc dzwonek, pokręcił głową i szybkim krokiem ruszył w stronę sal. 
*
- Nie prosiłam się o to, cholerny człowieku. - warknęła Mysther, bijąc Deana w potylicę głowy. - Nie ruszaj się!
- Nie ruszam do cholery. - syknął przez zęby. - Naprawdę macie Szkoły Przetrwania tutaj? 
- Ta, mamy. Musimy jakoś przetrwać kiedy "czarnuchy" górują. Nie cierpię tych cholernych magów, myślą że jak są po ciemnej stronie to sobie będą wpierdalać ciastka.
- Przynajmniej możecie sobie pograć w paintball. - westchnął, trzymając w dłoni karabin na kulki.
- W co? - spojrzała na niego. - Cicho już siedź, ktoś tu idzie. 
Dziewczyna oparła rękę na ramieniu chłopaka, a on czuł przez ubrania chłód emitujący od niej, mimo że nie dotykała go bezpośrednio. Spojrzał się na bok i zetknął się z jej twarzą, odskakując w mokre liście. 
- Coś ty robiła? - syknął na nią wściekły. - Przez ciebie cały mokry jestem.
- To ja powinnam się wystraszyć, wiesz? - warknęła przez zęby. - Zrobiłeś szum, mogą nas znaleźć.
- Jak już nas nie znaleźli. - westchnął słysząc ciężkie kroki butów za nim.
Wstał szybko i wymierzył karabinkiem w klatkę piersiową przeciwnika, jednak gdy spojrzał na niego, prawie opadły mu ręce. Średniej długości ryże włosy, kręcące się za uszami, twarz lekko piegowata i przenikliwe, piwne oczy wysokiego, szczupłego chłopaka. Oczywistym było, że bez trudności rozpoznał w nim Maxa Der'a. Wiedział, że to nie on, jednak nie mógł strzelić, mimo że tak mówiła do niego Mysther. Przeciwnik wykorzystał chwilę nieuwagi i kopnął Deana z ciężkiego buta w brodę. Chłopak ogłuszony kopnięciem upuścił karabinek i wywrócił się w stertę mokrych liści, a "Max" wykręcił mu rękę, kładąc go jednocześnie na brzuchu i  przyciskając ubłoconego buta do jego pleców.
- Rebel, zostaw go. - syknęła dziewczyna głośniej. - Nie możesz go wydać, do cholery.
- Jeśli go nie wydać, to go zabić. - warknął chłopak głosem Maxa Der'a. - Poderżnę mu gardło, za to jak mnie upokorzył. 
- Nie, wywalą cię Rebel. - dziewczyna już prawie krzyczała, zdradzając prawie ich położenie. 
- Nie obchodzi mnie to. - warknął chłopak, łapiąc Deana za włosy, po czym z kieszeni kamizelki wyciągnął ostry nóż, przykładając go po chwili do szyi Deana. Dziewczyna nawet nie zauważyła, lecz poczuła, kiedy Max poderżnął Evansowi gardło. Ciepła krew z jego szyi wytrysnęła na jej twarz niczym fontanna lub pistolet na wodę. Zatrzęsła się lekko, jednak nauczyła się unikać krwi, nawet jeśli jest ludzka czy Odbicia, osoby takiej jak ona. Dean łapał się za szyję i próbował złapać oddech, jednak po chwili runął martwy na stos mokrych liści twarzą do ziemi. Rebel wziął nóż i wyczyścił go końcem koszulki, wystającej spod kamizelki, po czym schował go na miejsce. 
- Nic nie widziałaś, Mysther. - warknął. - Bo tobie też może stać się coś złego.
- Jej.. nie tkniesz. - z ziemi powoli zbierał się Dean, ledwo, ale na własnych siłach. Twarz miał we krwi, od ust po szyi dalej spływała czerwona posoka, jednak rany jednak już nie było. Wydawało się, że w miejscu głębokiego cięcia było tylko lekkie zadrapanie. Mysther nie ukrywała zdziwienia. Nigdy nie widziała Podobieństwa w tym świecie, jednak Pesteroth opisał w swojej księdze, że Podobieństwa nie mogą umrzeć w Rantarshak i innych krainach. I właśnie była tego świadkiem. Powoli sama stanęła do pozycji stojącej i patrzała na minę przerażonego Rebela.
- Ty.. Co tu.. To nie Bon..
- Ty skurwysynu. - powiedział, patrząc na dłoń pełną krwi, otartej z twarzy. - To bolało. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz