piątek, 6 lutego 2015

6. Wzywa cię.

- To niemożliwe!- wrzeszczał chłopak co raz bardziej zdradzając wspólną pozycję. - Jakim cudem on to zrobił?!
- Uspokój się, Rebel. - warknęła Mysther. - Wytłumaczę ci to po treningu tylko się zamknij, nikt nie może zobaczyć tej krwi.
- Nie! Macie mi to wytłumaczyć te.. - chłopak nie dokończył, gdyż pięść rozwścieczonego Deana uderzyła o kant jego szczęki.
- Zamknij tą brudną twarz, obszczymordo. Powinienem ci oddać dwa razy tyle co ty mi.
Dean splunął na twarz chłopaka i spojrzał wściekle na Mysther, która stałą przerażona całą sytuacją. Po chwili wokół zrobiło się niemałe zbiegowisko, gdzie nagle zdawało mu się słyszeć znajomy głos.
- Odsuńcie się, kmioty. - warknęła kobieta. - Co tak tu stoicie do cholery.
Tak jak Dean podejrzewał, był to głos Kather - kobiety pomieszkującej ciało Narabelany. Tylko dlaczego nikogo wokół nie dziwiła jej obecność?
- Po prostu upadł. - powiedziała Mysther. - Darł się jak debil i mu Heibon przywalił.
- Czyli jednak u tego wypierdka są jakieś postępy. - Dean spojrzał na wręcz syczącą kobietę, która bacznie badała go wzrokiem. - Więc, Heibonie. Pozwolisz, że wezmę cię na słówko?
Cały tłum gapiów zabuczał równo. Dean rozejrzał się dookoła za znajomymi twarzami, jednak żadnej nie mógł rozpoznać. Kiwnął głową i ruszył za czarnowłosą kobietą, aż w końcu oddalili się od grupy ludzi.
- Trochę się dziwimy, że tutaj przyszedłeś, Dean. - głos był o wiele milszy niż ten który słyszał za każdym razem. - To zasługa Mysther?
- Można tak powiedzieć. Co to za pobojowisko tak w ogóle?
- Tutaj dzieciaki w waszym wieku to jak człowiek w kwiecie wieku. Pełny energii, dorosły i ma największe skupisko energii w sobie. Ćwiczą swoją siłę fizyczną i spryt w grze, a jednocześnie mają rozrywkę na ostatnie chwile wolności.
- Wolności?
- Nadchodzi wojna, Dean. - głosy kobiet zmieszały się. - Wojna pomiędzy Shlachsami, a Odbiciami. Wielu polegnie, jednak musimy trwać w wierze, że uda nam się wyzwolić spod władzy Szarlatana. Możliwe, że twoja pomoc oszczędziła by wielu istnień, Dean.
Kobieta wskazała dłonią na Mysther, która siedziała na kamieniu obok Rebela, pomagając mu ochłonąć.
- Wiesz może, co się dzieje z człowiekiem, jeśli jego Odbicie umrze? - spojrzała na niego jeszcze raz.
- Nie mam zielonego pojęcia.
- Umiera. Wewnętrznie. Odbicia są odzwierciedleniem duszy, nie wyglądu. Widząc się w lustrze soczewki odbijają nasz wygląd, jednak my jesteśmy odbiciem duszy. Nasze wyglądy mogą się różnić, mogą być podobne. Najczęściej przybieramy wasz wygląd, jednak nie zawsze. Shlachsowie to ludzie, którzy po śmierci trafili do Krainy Luster na dwór Szarlatana. Więcej dowiesz się z Mysther. Wracaj do swoich, jeśli nie chcesz, by co chwilę cię zabijali, wiedząc kim jesteś.
Po tych słowach kobieta odeszła w stronę wyjścia z lasu, zostawiając zdezorientowanego Deana na pastwę krzyków Mysther.
- Coś ty robił, cholerniku?! - warknęła dziewczyna, patrząc na całe jego ubranie we krwi. - Jak się teraz wytłumaczysz?
- Myślisz, że sam wiem? Nie krzycz na mnie, kobieto.
- Dobra, trzeba to jakoś przemyśleć. - westchnęła. - Idź z Kather do Opo, tam się umyjesz i coś się wymyśli. Powiem, że dostałeś w ryj i ci niedobrze czy coś.
- Niedobrze po dostaniu w twarz? Naprawdę? - spojrzał na nią krzywo. - Wymyśl coś lepszego, jeśli już coś.
- Oj zamknij się i idź już sobie! - dziewczyna wrzasnęła, szturchając go pięścią w ramię, po czym odwróciła się na pięcie ciężkiego buta i wróciła do grupy zmartwionych Odbić stanem Rebela.
Dean westchnął ciężko, z chęcią jak najszybszego powrotu do domu. Powędrował za znakiem przyklejonym na coś bardzo lepkiego do drzewa, a po kilku minutach drogi i biegu znalazł budynek, z którego najprawdopodobniej wyszli wcześniej, jednak od drugiej strony. Odetchnął, po czym ruszył do tylnego wejścia budynku. Znalazł się w dużym, szarym korytarzu, wyłożonym dywanem w kolorze żółci na podłodze z kamienia. Niepewnie skierował się w prawo, dotykając dłonią zimnej ściany. Po chwili błądzenia między korytarzami dostrzegł to co chciał znaleźć - łaźnie. Lepił się w krwi już od długiego czasu, a przy okazji cuchnął jak truchło, którym też się czuł. Czuł się dziwnie, wiedząc że nie może tutaj umrzeć, co go przerażało. Jeśli ktoś by inny to odkrył, mógłby wywołać panikę, a nie po to tu jest. Jest po to, by ogarnąć już to, co jest, a mało z tego zostało. Szczęśliwy zauważył łaźnię, na dodatek męską i pustą. Może dlatego, że wszyscy byli na zewnątrz. Podszedł do rzędu metalowych szafek, wymalowanych na wyblakły żółty, kolor o którym nawet pojęcia nie posiadał. Zaglądał po kolei do każdej, aż w końcu znalazł czysty podkoszulek w serek i czarne dżinsy, z dużą ilością kieszeń. Westchnął, jednak to były chyba jedyne czyste ubrania tutaj, dlatego bez marudzenia zdjął zaplamione krwią ubranie i poszedł pod prysznic. Ciepła woda spływała po nim powoli, zmywając w swoim tempie brunatną, zaschniętą już ciecz. Czuł się słabo, był nieosłonięty i bezbronny. Każdy mógł też wejść i zobaczyć go w nagościach, co mogło go upokorzyć jeszcze bardziej, dlatego jeszcze szybko rozejrzał się przed końcem, czy na pewno jest sam i zakręcił kurek wody, by na spokojnie się wysuszyć i ubrać.  Robił to powoli, mimo że chciał jak najszybciej udać się do miejsca spoczynku u Mysther. Poczuł nagłe zmęczenie, które omal nie doprowadziło u niego do zawrotów głowy. Powoli siadł na podłodze, którą wcześniej sprawdził, czy nie jest mokra. Głowa bolała go nie tylko od spadku ciśnienia w ciele, również od dużej ilości myśli. Musi tutaj spędzić tyle czasu, jednak nie wie czy pomóc tym ludziom, czy czymkolwiek oni byli. Po części współczuł im życia w nędzy i pod strachem czarnej mocy, jednak nie miał obowiązku ratować ich istnień.
- Mylisz się. - usłyszał ponownie cierpki głos, którego wręcz nie cierpiał, a naprzeciw niego stanęła kobieta w długich czarnych włosach, prostych jak odrysowanych od linijki.
- Kather, tak? Jezu, już mi się wszystko pierdzieli. Zaraz. - chłopak spojrzał na nią gniewnie. - Czy ty..?
- Tak, czytam ci w myślach, bo moim obowiązkiem jest dopilnowanie byś nam pomógł.
- Czemu niby mam pomóc tym czymś, hm?
- Ponieważ to coś, to twoja dusza. - ton kobiety stał się ostrzejszy. - I jeśli to coś zginie, ty również. 
*
- Niestety, muszę powiadomić państwo o dość niemiłej sytuacji, dotyczącej jednego z naszych. - w telewizji pokazał się przyszły premier- George Tyron, przynajmniej według rokowań na dzień dzisiejszy. - Jeden z naszych wspaniałych przyjaciół oraz jeden z kandydatów na premiera naszego kraju odszedł dnia wczorajszego, po godzinie trzeciej popołudniu. Matthew June walczył z silną depresją, która objawiła się niedługo po wieściach, na temat raka naszego przyjaciela. Miał być to niegroźny guz, jednak okazał się być groźny, z przerzutami. Nasz przyjaciel, zwłaszcza mój prawdziwy kolega z podwórka odebrał sobie życie, nie dając wygranej chorobie. Uczcijmy jego śmierć minutą ciszy. 
- To niemożliwe. - kobieta siedzące przed telewizorem przeklęła w ojczystym języku pod nosem. - Przecież sam mówił, pokazywał wyniki, że guz jest łagodny.
- Co się wściekasz, kochanie. - odpowiedział jej mężczyzna siedzący w szarym, ołówkowym garniturze przy stole, trzymając w dłoniach gazetę. - Mówiłaś, że nie lubisz polityki. 
- Bo u nas mamy jakichś nienormalnych tych polityków, ale patrząc na tych, to mi się aż w wątrobie przewraca. - wrzasnęła ponownie kobieta. - Pietr, ja niedługo to i tu dostanę szału.
- Nie wściekaj się, Uluś, bo ci jeszcze żyłka pęknie. - rozmowę dorosłych przerwało skrzypienie drzwi ich mieszkania. - Zobacz Uluś, kto wrócił. Jak było Aniu?
- W miarę dobrze, ojcze. - powiedziała do ojca w języku rodzicielki, z lekko angielskim akcentem. - Powiedział mi, że jeszcze kilka sesji, a może mi przejdzie.
- Cholernik chce po prostu więcej pieniędzy. - warknął pod nosem ojciec.
- To on jest tam lekarzem, Pietr. - powiedziała kobieta, wstając sprzed telewizora. - Jeśli mówi, że naszej córce jest potrzebne jeszcze kilka sesji, to dla jej dobra. To nie środkowa Europa, kochanie.
- Rozumiem. Jesteś głodna, Ania?
- Nie, dziękuję ojcze. - ucałowała ojca w policzek i powolnym krokiem z czerwonym szalikiem przy twarzy powędrowała w stronę swojego pokoju. Przed drzwiami uśmiechnęła się lekko do swojej matki i otworzyła je, wchodząc do środka. Odwróciła się na pięcie by zamknąć drzwi, zerkając kątem oka, czy żaden z rodziców nie przyjdzie podsłuchiwać pod jej drzwiami. Jedyne czego nauczyły jej te sesje, było brakiem zaufania. Nie ufała ani lekarzowi, który bacznym wzrokiem obserwował ją gdy jest bliska płaczu za każdym razem, gdy każe jej zdjąć szalik, ani ojcu, troszczącego się o nią jak kto inny z jej matką, nawet jej. Jedyną osobą jakiej mogła ostatnio zaufać była ona sama, jednak nie tak dokładniej jej. Jej odbiciu. Czuła, że to od niego bił ten głos przyjemny dla ucha i serca, mimo męskiego tonu. Dotknęła dłonią powierzchni lustra i tak jak się spodziewała było zimne, mimo włączonego ogrzewania w pokoju i szczelnie zamkniętego pokoju. Otworzyła usta jakby miała coś powiedzieć, jednak po chwili zamknęła je i pokręciła głową. Ściśnięte usta w prostą kreskę z wydychanym powietrzem tworzyły świszczący dźwięk przypominający gwizdanie, które rozbrzmiewało w jej głowie. Zaczynało być co raz to głośniejsze, póki nie przerosło w nucenie.  Nie znała melodii ani piosenki, jednak rozpoznała głos, który ją nucił. Ten sam, który kazał odrzucić jej wspomnienie o ukochanym, które trzymało się jej mózgu niczym korzenie starego drzewa.
- Znowu ty. - z jej ust wypadły niechciane słowa niczym tchnienie.
- Co? - usłyszała ponownie ten głos, jednak po chwili usłyszała cichy wrzask i upadek czegoś, jednak to drugie mogło się jej wydawać. - Ktoś ty?
- To raczej ja powinnam zadać to pytanie! - powiedziała głośniej, już z większą pewnością wypowiadanych słów. - Mówiłeś do mnie prawie dwa dni temu. To na pewno byłeś ty.
- Więc, ty jesteś Anna. - westchnięcie. - Wydawało mi się, że mogę z tobą rozmawiać jedynie w pobliżu Mysther.
- Mysther? Kto to?
- To długa historia. Pozwolisz, że zacznę od przedstawienia się? Nazywam się Dean. - chłopak nie czekał na jej odpowiedź. - To trochę śmieszne, że rozmawiamy ze sobą, ale nie bój się. To nie są paranoje. Pochodzę najprawdopodobniej z tego samego miasta co ty.
- Więc dlaczego nie mógłbyś mnie znaleźć naprawdę? - jej dłonie zaczęły powoli ogrzewać lustro.
- To skomplikowane. Nie ma mnie tam gdzie ty, ale jestem.. po drugiej stronie lustra, można rzec.
- Lustra? - spojrzała na swoje zdezorientowane odbicie twarzy. - Jak?
- Trafiłem tutaj naprawdę przypadkiem. U nas jest mój.. zamiennik, można rzec.
- A jak znalazłeś mnie? Powiesz mi?
- Przez Mysther. Gdy tu trafiłem byłem w ciężkim stanie i to ona się mną tutaj opiekuje. Mysther to twoje Odbicie.
- Odbicie? Co to znaczy?
- Mysther jako Odbicie reprezentuje ciebie w tym świecie.  Jest nie tylko podobna do ciebie wyglądem, jednak jest też przedstawicielem twojej duszy.
- Czyli jest taka sama jak ja?
- Tego nie umiem powiedzieć, nie znam ciebie ani jej za dobrze.
- Czy mógłbyś mi opowiedzieć o niej więcej? Proszę.
- Niezbyt idealnie wpasowałaś się w czas Anna. - Dean westchnął. - Będę pilnował czasu. Odezwij się do mnie jutro, godzinę później.
- Dean, poczekaj. - dziewczyna prawie wrzasnęła. - Jak.. jak nazywa się to miejsce, w którym jesteście? Mogłabym tam dotrzeć?
- Wątpię, Anna. A to miejsce. To miejsce, nazywa się Krainą Luster. Wsłuchuj się Anno. Słuchaj, jak cię wzywa.