Imię człowieka, który jeszcze niespełna dwie godziny temu wmawiał mu, że jest nim, a raczej jego zaginionym odbiciem okazało się być prawdziwe, gdy szumiało mu w uszach razem z krwią. Kobieta przed nim ponownie spojrzała gniewną twarzą na niego, a wszystko wokół ucichło. Ponownie otworzyła usta, jednak z nich wydarł się tylko pisk, przypominający skrobanie paznokci po tablicy. Zakrył dłońmi uszy, krzycząc z bólu. Szumiąca krew ustała, jednak czuł się, jakby wypływa z uszu, zamiast wracać do żył. Upadł przed kobietą na kolana, a wtedy ta złączyła wargi, zostawiając jego zmęczony narząd słuchowy w spokoju. Kiedy umęczony podniósł głowę, kobieta zniknęła, a jego oczom ukazała się jego twarz, a raczej twarz zdezorientowanego Heibona. Widział ją jedynie chwilę, ale mógł zrozumieć, że chłopak najprawdopodobniej jest w tarapatach.
- Gdzie jest Heibon? - ponownie w jego głowie rozległ się ten sam głos, a przed nim ponownie pojawiła się kobieta. Jej spojrzenie tym razem było zmartwione, jakby chłopak klęczący pod nią coś sobie zrobił, a ona miała wyrzuty sumienia. Kaskada długich blond włosów swobodnie spadała na jej błękitną szatę. - Przepraszam, nie chciałam cię straszyć, chłopcze.
- Boże, gdzie ja jestem. - Dean próbował wstać, jednak nagły ból głowy trzymał go w kuckach.
- Jesteś w Krainie Luster, Dean. Nie pytaj skąd znam twe imię, to zbyt oczywiste chłopcze. Moje imię to Narabelana, jestem, a raczej byłam patronką Rantarshaku.
- Rantar-czego? - chłopak wstał z jej pomocą, jednak szum w głowie i ból nie ustawały, chwiał się.
- Rantarshaku. Terenu Odbić.
Kobieta ujęła dłonią miejsce w którym się znajdowali i dopiero teraz, przy pełnym wschodzie Słońca krainy niewielkie domy, które nijak przypominały jego miejscowość. Wszystko było niedbałe, domy choć niewielkie i pewno nowe, były już częściowo w rozsypce, natomiast stare, bo te z obdrapanymi już ścianami były w o wiele gorszym stanie. Ludzie, nie. Odbicia wychodzące z domów nie wyglądały natomiast na zmartwione ich stanem bytu. Odbicia dzieci biegały wesoło w kółko za sobą, w ogóle nie przypominając utrapionych.
- Mimo tego stanu miasta, wszyscy są bardzo szczęśliwi, prawda? - odezwała się kobieta. - Poszukuję Heibona Dean. Co się z nim stało?
- Szczerze mówiąc sam.. nie.. wiem. - chłopak zawahał się, a do jego głowy wrócił głośny szum krwi, po czym upadł nieprzytomny na ziemię.
*
- Max, co ja mam teraz zrobić? - załkał Heibon, roztrzęsiony nad swoim losem i losem jego Podobieństwa. - Co ja powiem jego matce? Mam tak po prostu go udawać?
- To chyba będzie najprostsze, chłopie. Podejrzewam, że ona nie uwierzy w Rantarshak. Masz po prostu przejebane.
- Niezbyt miłe słownictwo, ale dziękuję, Der. - westchnął, po czym wstał na równe nogi. - To chyba jej samochód, prawda?
Tak jak chłopak przewidział, kobieta szybko i gwałtownie zaparkowała pod wejściem do muzeum. Z samochodu wypadła rozwścieczona, niczym byk z czerwoną płachtą na twarzy, a widać było, jak bardzo wyskoczyły jej żyły na twarzy.
- Dean! - wrzasnęła z daleka bardzo donośnie. - Czy mogę się dowiedzieć, dlaczego włamałeś się do muzeum, pomimo dzisiejszej wycieczki?! Tłumacz się!
- Przepraszam mamo, po prostu.. - Heibon prawie stracił przytomność pod presją kobiety. - ... zostawiłem tam telefon.
- Dean, przecież mogłeś mi powiedzieć kiedy wrócę z pracy, to byśmy pojechali tu razem! - wrzeszczała dalej. - Najwyżej kupiłabym ci nowy cholerny telefon!
- Przecież kupiłaś mi ten ostatnio! - odchrząknął Heibon. - Na dodatek nie powinnaś pokazywać ludziom, że jesteś bardzo rozrzutna zwłaszcza przed wyborami!
- Co ty zacząłeś się tym tak nagle interesować, Dean? - uspokoiła lekko ton, jednak dalej można było zobaczyć jak bardzo jest zła na jej syna. - Poza tym to tylko telefon, to nie ma nic wspólnego z wyborami.
- A wręcz ma! - bronił się ciągle. - Jeśli ludzie zobaczyliby mnie z nowy telefonem w dłoni, wiedzieliby, że kupiłaś mi nowy, a to oznacza, ze jesteś rozrzutna, bo pamiętam, że ten mam od krótkiego czasu.
- Trzy miesiące, masz rację. - westchnęła cicho. - Co nie zmienia faktu, że więcej kłopotów mojej kampanii narobi mi twoje włamanie do nieotwartego muzeum, Dean. Syn kryminalista, dziękuję.
- Przepraszam, naprawdę nie chciałem ci robić z tym jakichkolwiek problemów. - podszedł bliżej do kobiety. - Obiecuję, że już więcej nie zrobię nic, co mogło by zaszkodzić twojej kampanii.
- Tu nie chodzi o mnie, tylko o ciebie. To jest czyn karalny Dean. Zamknęliby cię, gdyby nie zadzwonili do mnie, rozumiesz?
- Tak. Przepraszam.
- Poza tym, twoje "więcej" obejmuje ile miesięcy? Dwa, trzy?
- Szczerze, to sam nie wiem. - chłopak zaśmiał się, widząc, że matka jego Podobieństwa rozluźniła się. - Wracamy do domu?
- Tak, jeszcze odwieziemy twojego kolegę. Chłopcze, jak masz na imię?
- Max Der, pani Evans. - powiedział ochoczo chłopak, wstając z kamiennych schodów muzeum.
- Och, więc wiem gdzie mieszkasz. Wsiadaj do samochodu, odwiozę cię przy okazji, nie będziesz tutaj marzł i czekał na rodziców, żeby zrobili ci taką samą awanturę jak ja Deanowi.
- Niezbyt miłe słownictwo, ale dziękuję, Der. - westchnął, po czym wstał na równe nogi. - To chyba jej samochód, prawda?
Tak jak chłopak przewidział, kobieta szybko i gwałtownie zaparkowała pod wejściem do muzeum. Z samochodu wypadła rozwścieczona, niczym byk z czerwoną płachtą na twarzy, a widać było, jak bardzo wyskoczyły jej żyły na twarzy.
- Dean! - wrzasnęła z daleka bardzo donośnie. - Czy mogę się dowiedzieć, dlaczego włamałeś się do muzeum, pomimo dzisiejszej wycieczki?! Tłumacz się!
- Przepraszam mamo, po prostu.. - Heibon prawie stracił przytomność pod presją kobiety. - ... zostawiłem tam telefon.
- Dean, przecież mogłeś mi powiedzieć kiedy wrócę z pracy, to byśmy pojechali tu razem! - wrzeszczała dalej. - Najwyżej kupiłabym ci nowy cholerny telefon!
- Przecież kupiłaś mi ten ostatnio! - odchrząknął Heibon. - Na dodatek nie powinnaś pokazywać ludziom, że jesteś bardzo rozrzutna zwłaszcza przed wyborami!
- Co ty zacząłeś się tym tak nagle interesować, Dean? - uspokoiła lekko ton, jednak dalej można było zobaczyć jak bardzo jest zła na jej syna. - Poza tym to tylko telefon, to nie ma nic wspólnego z wyborami.
- A wręcz ma! - bronił się ciągle. - Jeśli ludzie zobaczyliby mnie z nowy telefonem w dłoni, wiedzieliby, że kupiłaś mi nowy, a to oznacza, ze jesteś rozrzutna, bo pamiętam, że ten mam od krótkiego czasu.
- Trzy miesiące, masz rację. - westchnęła cicho. - Co nie zmienia faktu, że więcej kłopotów mojej kampanii narobi mi twoje włamanie do nieotwartego muzeum, Dean. Syn kryminalista, dziękuję.
- Przepraszam, naprawdę nie chciałem ci robić z tym jakichkolwiek problemów. - podszedł bliżej do kobiety. - Obiecuję, że już więcej nie zrobię nic, co mogło by zaszkodzić twojej kampanii.
- Tu nie chodzi o mnie, tylko o ciebie. To jest czyn karalny Dean. Zamknęliby cię, gdyby nie zadzwonili do mnie, rozumiesz?
- Tak. Przepraszam.
- Poza tym, twoje "więcej" obejmuje ile miesięcy? Dwa, trzy?
- Szczerze, to sam nie wiem. - chłopak zaśmiał się, widząc, że matka jego Podobieństwa rozluźniła się. - Wracamy do domu?
- Tak, jeszcze odwieziemy twojego kolegę. Chłopcze, jak masz na imię?
- Max Der, pani Evans. - powiedział ochoczo chłopak, wstając z kamiennych schodów muzeum.
- Och, więc wiem gdzie mieszkasz. Wsiadaj do samochodu, odwiozę cię przy okazji, nie będziesz tutaj marzł i czekał na rodziców, żeby zrobili ci taką samą awanturę jak ja Deanowi.
*
Kiedy Dean otworzył oczy znajdował się w jakimś dziwnym pokoju, który szczerze mówiąc przypominał mu salon. Zorientował się, że leży na czymś twardym, ale ciepłym, jednak bolące plecy nie pozwalały mu wstać i spojrzeć na czym leży. Usłyszał tupot obcasów chodzących w tą i z powrotem po pokoju obok, a przynajmniej tak mu się zdawało. Słyszał też stłumione przez ściany głosy kłócące się ze sobą, jednak gdy tylko próbował się ich bardziej nasłuchiwać, w uszach słyszał głośny szum i pisk, które cudem ustawały gdy tylko porzucał chęci podsłuchu. Nie powinieneś podsłuchiwać, chłopcze. Ponownie w jego głowie rozbrzmiał się głos kobiety, którą poznał wcześniej, więc osobą rozmawiającą głośno za ścianą była Narabelana i najprawdopodobniej właściciel domu w którym leżał. W końcu poczuł zelżenie ucisku kręgosłupa i powoli, trzymając się po bokach jak już wywnioskował stołu przykrytego kocem, wstał. Pomieszczenie było niewielkie. Pomalowane na kolor podobny do kwiatów lawendy, pod jedną ze ścian stało kilka krzeseł, najprawdopodobniej odsuniętych od stołu, a po drugiej stronie stała niewielka oszklona szafa, w której z tego co widział znajdowały się ozdobne zestawy do herbaty i innych pierdół. Rozmowy ustały całkowicie, razem z bólem głowy i kręgosłupa, po leżeniu na niewygodnym stole. Usiadł na brzegu stołu i zeskoczył na podłogę, odkrywając jednocześnie, że ma bose stopy. Starał się opuścić pomieszczenie, a najlepiej dom, nie będąc zauważonym przez kobietę, która wcześniej go zaatakowała tym chorym szumem, a potem udawała totalnie niewinną, jednak nie mógł. Jak się spodziewał, za ścianą rozmawiała Narabelana, a gdy zauważyła, że ucieka, starała się go zatrzymać. I udało się to jej, szum w głowie chłopaka był nie do zniesienia, a krew w głowie pulsowała. Zdawało mu się, że słyszy bicie swojego serca, cichnące z każdym uderzeniem. Kobieta gwałtownie podbiegła do niego i przycisnęła go za szyję do ściany. Na twarzy ciągle miała tą twarz, którą zobaczył jako pierwszą. Zawzięte oczy, prawie przeszywające go na wylot, jednak nie dawał za wygraną. Starał się ostatkiem sił oderwać dłoń, która trzymała go za szyję, jednak nie powodowała bólu ani ucisku tak mocnego, by nie mógł złapać tchu. Przeraził się jeszcze bardziej tym, że kaskada blond loków powoli zaczęła.. lewitować na wietrze. Jej twarz zbladła, a oczy przechodziły z koloru błękitu w coraz ciemniejszy fiolet, aż przeszły do barwy czerwieni. Źrenice zmniejszyły się gwałtownie, po czym rozciągnęły się w kreski, przez co jej oczy wyglądały niczym wyłupane kotu. Ręka na jego szyi gwałtownie spowodowała ból, jednak dalej mógł oddychać. Czuł, jakby jej dłoń na jego krtani stanęła w płomieniach, jakby chciała go spalić żywcem. Blond włosy stały się proste i czarne jak bezgwiezdna noc, a to zaledwie ułamek sekundy po tym, gdy jej oczy zaczęły się zmieniać. W końcu Dean poczuł, że zaczyna mu brakować powietrza. Mimo braku mocnego ucisku dłoni, dusił się. Ból po chwili stawał się nie do zniesienia, a w głowie słyszał jak jego serce cichnie. Ciągle widział rozwścieczone oczy Narabelany, jednak kątem oka zauważył rozmytą postać, a w głowie oprócz szumu usłyszał ciche odbicia obcasów o panele domu.
- Zostaw go. - usłyszał mocny, kobiecy głos. - Wiesz, że on tu nie umrze, Kather.
Kobieta, którą osoba w progu nazwała Kather, puściła Deana, a ten od razu poczuł chłód na szyi, gdzie jeszcze przed chwilą czuł, jakby ktoś założył mu palącą się obręcz. Przejeżdżając po niej palcami nie poczuł żadnych bąbli, ani zmienionej skór, chociaż mógł przysiąc, że dotyk kobiety zmienił się w chwilę, straszliwie przypominając ogień. Łapał szybko oddechy, a w głowie ponownie usłyszał znienawidzony szum oraz pulsujące serce, tym razem szybciej i głośniej. Kiedy jego wzrok przestał się rozmazywać nawet na dłoni, którą trzymał przed oczyma, spojrzał na postać stojącą obok jeszcze niedawnej Narabelany, która do tej pory nie powróciła do dawnego wyglądu. Stała tam dziewczyna, dosyć młoda, może i w jego wieku. Włosy miała długie, skręcone śmiesznie na końcach, przypominające trochę kręcące się wstążki akrobatek, tańczących artystycznie. Oczy miała niebieskie, prawie szare, naturalne, jednak Deanowi od razu się spodobały. Była śmiesznie ubrana, całkiem nie jak Odbicia. Na stopach miała czarne pantofle na obcasach, na nogach miała rajstopy w kratę, przypominające bardziej kabaretki. Miała też na sobie czarną sukienkę z rozchodzącym się na boki tiulem i koronkowym gorsetem, a na szyi czerwony szalik. Patrzała to na kobietę obok, to na Deana, aż w końcu westchnęła.
- Czy... czy mógłbym wiedzieć co ja tu robię? - wysapał Dean, na którego wzrok nagle obróciły obie kobiety.
- Narabelana chyba ci mówiła, że jesteś w Rantarshak. - kobieta, która jeszcze przed chwilą wydawała się być wcześniej wspomnianą Narabelaną przemówiła ostrym, syczącym głosem, który pęczniał w głowie Deana. - Biedny chłoptaś nie wie co się dzieje.
- Wiem, że jestem w tym cholernym świecie i Rantar-cośtam, ale chciałbym się dowiedzieć co robię w tym cholernym domu!
- Zamknij tą bluźnierczą paszczę. - prychnęła na niego dziewczyna z niebieskimi oczami. - To mój dom i nie życzę sobie, żeby jakieś pierwsze lepsze Podobieństwo bluźniło mi na dach pod którym żyję.
- Dobra, dojdźmy do porozumienia i powiedzcie mi chociaż jak mógłbym stąd wrócić do domu.
- Z Rantarshak nie ma wyjścia. - w głowie Evansa ponownie zabrzmiał głos Kather, jednak widział, że kobieta nie otwiera ust, a wręcz bawi się jego niewiedzą o tym świecie.
- Skoro nie ma stąd wyjścia, to jakim cudem spotkałem tak Heibona? - wrzasnął na cały dom, a oczy Kather ponownie zaczęły przypominać oczy Narabelany. - Heibon jest teraz w moim świecie, skąd mam wiedzieć co się z nim teraz dzieje?
- Poczekaj. - właścicielka domu podniosła rękę. - Wróć do pokoju w którym siedziałeś. Zaraz przyjdziemy.
Jakby na słowa dziewczyny włosy kobiety, która przeszła gwałtowną zmianę wizualną, zaczęły z powrotem kręcić się i jaśnieć, jednak w powolnym tempie. Nie chcąc widzieć kolejnej przemiany kobiety w obawie o swoje życie, posłuchał dziewczyny i wrócił do pokoju w którym leżał na stole. Dopiero teraz zauważył, że na jednej ścianie wisi lustro, które bardziej przypominało szybę, jednak najbardziej przerażało go to, że widział w nim jego własny pokój. Podbiegł do niego, a w nim zauważył, że siedział na swoim łóżku, jakby całe Rantarshak było tylko zwykłym koszmarem. Wtedy zrozumiał, że to nie on siedzi na łóżku, lecz Heibon.
- Heibon. - syknął cicho. - Heibon, słyszysz mnie?
- Dean? - chłopak siedzący w pokoju obrócił głową dookoła, jednak nie widział wołającego go Podobieństwa. - Boże, zwariowałem już.
- Nie, Heibon. To ja, Dean. - powiedział trochę głośniej. - Prędzej to ja wariuję, zabierz mnie stąd.
- Dean, gdzie jesteś? - podszedł do szafy, w której było lustro, a wtedy zauważył, że w lustrze widzi nie swoją zdziwioną twarz, lecz zakłopotaną twarz Deana. - Dean, gdzie cię wyrzuciło? Jesteś w Rantarshak?!
- Tak, gdzie mogłem trafić niby?
- Uwierz mi, że tam są o wiele gorsze miejsca i nie życzę ci, żebyś do któregokolwiek trafił. Kogo spotkałeś, że jesteś w Wizjerze?
- W czym? - Dean skrzywił twarz.
- W Wizjerze. - westchnął Heibon. - Wizjer to wasze lustro, dzięki Wizjerom nas widzicie tak jak was samych, jako odbicie.
- To tylko popieprzone lustro. Heibon, wyciągnij mnie stąd!
- Tylko żebym jeszcze umiał, Dean. Twoja mama zakazała mi się zbliżać do tego muzeum na kilometry zanim je otworzą, a innego sposobu nie znam na wyciągnięcie cię stamtąd.
- On stąd nie wyjdzie. - za plecami Deana stanęła właścicielka domu. - Słyszysz mnie Heibon?
- Mysther, to ty? - Heibon starał się spojrzeć jakby za plecy Deana, jednak nic nie widział. - Nie jestem pewien czy to ty, bo cię nie widzę.
- Tak, to ja. Narabelana przyprowadziła go do mnie, a ten jeszcze pyskuje.
- Dean, nie wchodź jej za skórę, bo to się źle skończy. Tym bardziej Kather, obiecaj mi to, a ja postaram się cię stamtąd wyciągnąć.
- Nie Heibon! Ty musisz mnie stąd wyciągnąć! Matka zauważy, że mnie nie ma, zobaczysz! - Dean uderzył pięścią w twarz Heibona na lustrze, jednak nic się nie stało.
- Dean, nie rzucaj się tak. - Heibon starał się go uspokoić. - Ona nic nie zauważyła, myślisz, że zauważy coś szybko? Mamy czas, obiecuję, że cię stamtąd wyciągnę.
- Mam nadzieję. - warknął na lustro, jednak twarz Heibona zaczęła znikać. - Heibon! Wracaj!
- Chodź, to nic nie da. - Mysther położyła rękę na ramieniu Deana. - Narabelana chce cię widzieć.
- Wiem, że jestem w tym cholernym świecie i Rantar-cośtam, ale chciałbym się dowiedzieć co robię w tym cholernym domu!
- Zamknij tą bluźnierczą paszczę. - prychnęła na niego dziewczyna z niebieskimi oczami. - To mój dom i nie życzę sobie, żeby jakieś pierwsze lepsze Podobieństwo bluźniło mi na dach pod którym żyję.
- Dobra, dojdźmy do porozumienia i powiedzcie mi chociaż jak mógłbym stąd wrócić do domu.
- Z Rantarshak nie ma wyjścia. - w głowie Evansa ponownie zabrzmiał głos Kather, jednak widział, że kobieta nie otwiera ust, a wręcz bawi się jego niewiedzą o tym świecie.
- Skoro nie ma stąd wyjścia, to jakim cudem spotkałem tak Heibona? - wrzasnął na cały dom, a oczy Kather ponownie zaczęły przypominać oczy Narabelany. - Heibon jest teraz w moim świecie, skąd mam wiedzieć co się z nim teraz dzieje?
- Poczekaj. - właścicielka domu podniosła rękę. - Wróć do pokoju w którym siedziałeś. Zaraz przyjdziemy.
Jakby na słowa dziewczyny włosy kobiety, która przeszła gwałtowną zmianę wizualną, zaczęły z powrotem kręcić się i jaśnieć, jednak w powolnym tempie. Nie chcąc widzieć kolejnej przemiany kobiety w obawie o swoje życie, posłuchał dziewczyny i wrócił do pokoju w którym leżał na stole. Dopiero teraz zauważył, że na jednej ścianie wisi lustro, które bardziej przypominało szybę, jednak najbardziej przerażało go to, że widział w nim jego własny pokój. Podbiegł do niego, a w nim zauważył, że siedział na swoim łóżku, jakby całe Rantarshak było tylko zwykłym koszmarem. Wtedy zrozumiał, że to nie on siedzi na łóżku, lecz Heibon.
- Heibon. - syknął cicho. - Heibon, słyszysz mnie?
- Dean? - chłopak siedzący w pokoju obrócił głową dookoła, jednak nie widział wołającego go Podobieństwa. - Boże, zwariowałem już.
- Nie, Heibon. To ja, Dean. - powiedział trochę głośniej. - Prędzej to ja wariuję, zabierz mnie stąd.
- Dean, gdzie jesteś? - podszedł do szafy, w której było lustro, a wtedy zauważył, że w lustrze widzi nie swoją zdziwioną twarz, lecz zakłopotaną twarz Deana. - Dean, gdzie cię wyrzuciło? Jesteś w Rantarshak?!
- Tak, gdzie mogłem trafić niby?
- Uwierz mi, że tam są o wiele gorsze miejsca i nie życzę ci, żebyś do któregokolwiek trafił. Kogo spotkałeś, że jesteś w Wizjerze?
- W czym? - Dean skrzywił twarz.
- W Wizjerze. - westchnął Heibon. - Wizjer to wasze lustro, dzięki Wizjerom nas widzicie tak jak was samych, jako odbicie.
- To tylko popieprzone lustro. Heibon, wyciągnij mnie stąd!
- Tylko żebym jeszcze umiał, Dean. Twoja mama zakazała mi się zbliżać do tego muzeum na kilometry zanim je otworzą, a innego sposobu nie znam na wyciągnięcie cię stamtąd.
- On stąd nie wyjdzie. - za plecami Deana stanęła właścicielka domu. - Słyszysz mnie Heibon?
- Mysther, to ty? - Heibon starał się spojrzeć jakby za plecy Deana, jednak nic nie widział. - Nie jestem pewien czy to ty, bo cię nie widzę.
- Tak, to ja. Narabelana przyprowadziła go do mnie, a ten jeszcze pyskuje.
- Dean, nie wchodź jej za skórę, bo to się źle skończy. Tym bardziej Kather, obiecaj mi to, a ja postaram się cię stamtąd wyciągnąć.
- Nie Heibon! Ty musisz mnie stąd wyciągnąć! Matka zauważy, że mnie nie ma, zobaczysz! - Dean uderzył pięścią w twarz Heibona na lustrze, jednak nic się nie stało.
- Dean, nie rzucaj się tak. - Heibon starał się go uspokoić. - Ona nic nie zauważyła, myślisz, że zauważy coś szybko? Mamy czas, obiecuję, że cię stamtąd wyciągnę.
- Mam nadzieję. - warknął na lustro, jednak twarz Heibona zaczęła znikać. - Heibon! Wracaj!
- Chodź, to nic nie da. - Mysther położyła rękę na ramieniu Deana. - Narabelana chce cię widzieć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz